Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychoterapeuta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychoterapeuta. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 czerwca 2016

Szklany anioł



- "No i jak Ci się podoba ta kobieta?"- zagadnęła mnie matka, kiedy wracałyśmy do domu z pierwszej sesji z nową terapeutką.
- "A tam mamo, taka sama jak one wszystkie! Jakaś taka bez wyrazu!".
- "Nie, no mnie się podoba, brzmiała z sensem!".
- " Dobra, mamo nie ględź, będę do niej chodzić, w końcu gdzieś muszę..." - stwierdziłam z kwaśną miną, jak zwykle ze wszystkiego niezadowolona.
Godzinę wcześniej przed drzwiami swojego gabinetu powitała nas ładna, szczupła i nieco roztargniona niewiasta w okularach i błękitnym szalu. Zapomniała kluczy i nie miałyśmy jak dostać się do środka. Przypadek sprawił, że nam się udało, co skwitowała żartobliwym "to znak". Zabrzmi tandetnie, ale dziś już wiem, że to los postawił ją na mojej terapeutycznej drodze...

Dwie rzeczy przesądziły o tym, że tam zostałam. Pierwszą było użycie przez nią, na jednej z pierwszych naszych sesji, słowa PROSZĘ. "Proszę, czy możesz w ten sposób o sobie nie mówić"  powiedziała szczerze zmartwiona. Te słowa wbiły mnie w fotel. "Jak to?! Siedzi przede mną kobieta, która jest kimś! Ma tytuł doktora nauk medycznych, wykłada na wyższej uczelni, wydała książkę i pewnie ma kupę kasy, a prosi o coś takie zero jak ja??? Takie zapłakane nic, załykujące się psychotropami, siedzące w domu na utrzymaniu matki!!! Niebywałe...".  Drugą rzeczą była piękna cecha jaką u niej dostrzegłam. Mojej terapeutce, kiedy opowiadam jej coś przykrego ze swojego życia, szklą się oczy. Widać wtedy u niej autentyczne wzruszenie, którego nie zaobserwowałam jeszcze u żadnego innego terapeuty! Kiedy tak się dzieje, czuję się w epicentrum wszechświata! I choć trwa to tylko kilka chwil, w tym właśnie momencie mam poczucie, że ktoś mnie naprawdę słucha i rozumie!

Wygląd raczej intelektualistki, spokojny, kojący głos , młoda, delikatna twarz bez grama makijażu...Długo wydawało mi się, że to anioł w ludzkiej postaci. Kryształowy anioł bez skazy, który nigdy nie powie, ani nie zrobi niczego dla mnie przykrego. Cóż... pomyliłam się. Na jednej z sesji wkurwiłam ją do tego stopnia, że oczy płonęły jej jak pochodnie... Zobaczyłam drugą stronę. Potrafiła być zimna, obojętna, a nawet bezczelna! Pomnik ze szkła, który wzniosły moje wyobrażenia i nadzieje rozpadł się na miliony drobnych kawałków! Wyszłam z jej gabinetu z pełnym przeświadczeniem, że już nigdy tam nie wrócę! Wróciłam i dostałam lekcję. Dama w błękicie nie tylko ku mojemu zaskoczeniu zdecydowała się na kontynuowanie terapii z "niewygodnym klientem", ale i przeszła nad wszystkim do porządku dziennego. Nie chowała urazy i traktowała mnie tak, jakby nasze spięcie, w ogóle nie miało miejsca.

Doceniam wiele jej cech. Bardzo podoba mi się intelekt i to, że dyskutuje ze mną, aż do momentu, gdy brak mi już argumentów na to, jakie to moje życie nie jest beznadziejne. Szalenie zaskakuje mnie etyka jaką kieruje się w pracy. Nie pyta o nazwiska, nie ciągnie za język jeśli waham się, aby powiedzieć jej o czymś bardzo osobistym. Moja poprzednia terapeutka często przytaczała przykłady z życia swoich klientów, damy w błękicie nawet nie miałabym śmiałości o to pytać... Jest świetnym strażnikiem tajemnic, dlatego wiem, że mogę powiedzieć jej o wszystkim i nigdy nic nie wyjdzie poza drzwi jej gabinetu. Rozmowa z nią nie przypomina kawki z koleżanką, czuwa, żebym mówiła na temat i maksymalnie wykorzystuje dany nam czas. Jednocześnie uwielbiam, kiedy zdarza jej się wychodzić z roli statecznej pani psycholog. Gdy śmieje się szczerze z moich żartów, lub samej siebie. Gdy ekspresyjnie podnosi do góry kciuki na znak, że jest ze mnie dumna...

Na Boże Narodzenie postanowiłam zrobić jej niespodziankę. Ręcznie wykonałam drewniane pudełeczko i świąteczną bombkę. Chciałam, żeby ten prezent był na tyle osobisty, aby wiedziała, że jest tylko dla niej. Pomalowałam szkatułkę na kolor błękitu i przyozdobiłam cytatami, które ją inspirowały. Całość tworzyłam przez parę dni. Włożyłam w to bardzo wiele pracy i serca. Najciekawsze jest jednak to, że mimo, iż mam takie zdolności i lubię rękodzieło, nigdy wcześniej NIKOMU niczego nie zrobiłam... Nawet własnej matce... Wiedziałam, że przekraczam granicę, a ona jako profesjonalistka, może podarku nie przyjąć. Wiedziałam jednak, że jeśli jest jak mi się zdawało dobrym człowiekiem, nie odmówi. Nie pomyliłam się. Odpakowywała mój prezent jak dziecko i zaszkliły jej się oczy... Kiedy umieściła wpis na temat tego podarku na swoim blogu, już byłam pewna, że ten gest dla niej coś znaczył. Może mniej niż dla mnie, tego nie wiem. Wiem jednak, że było warto...

Prawdą jest, że nagięła dla mnie zasady jeszcze parę razy. Doceniam każdy z nich i myślę, że gdyby nie nasz kryzys, każdą jej uprzejmość traktowałabym jako coś co mi się należy. Prawda jest jednak taka, że ona wcale niczego nie musi. Płacę jej za sześćdziesiąt minut, a wszystko co jest "poza" to jej dobra wola. Ale czy tylko? Myślę, że nie... To co jest "poza" sprawia, że jest w moich oczach po prostu ludzka. Jest ludzka, kiedy wychodzi z roli intelektualistki i ku mojemu zachwytowi mówi "kurwa mać" ! Jest ludzka, kiedy  nie siedzi sztywno, tylko kręci się na fotelu i gestykuluje! Jest ludzka, kiedy ma odwagę przyznać się, że sama leczyła się na depresję i również wtedy, gdy ma gorszy dzień i wygląda jak po paru nieprzespanych nocach, też jest ludzka...

Jej jedynej spośród szesnaściorga znawców ludzkiej psychiki, udało się stworzyć ze mną więź. Jej jedynej udało się sprawić, że mimo, iż poczułam się zraniona, odrzucona i kompletnie nieważna, wróciłam na terapię i zeszłam ze swojego piedestału. Piedestału, na który wzniosły mnie dwa wpierane mi przez całe dzieciństwo hasła: duma i ambicja!

Kiedyś byłam wobec niej nachalna, słałam smsy i coraz bardziej przekraczałam granice... Teraz jednak nie musi się już obawiać mojej natarczywości. Choć jest dla mnie bardzo ważna i często w dni takie jak ten, gdy czuję się bardzo samotna, tęsknię do kontaktu z nią, wiem, że przestrzeganie pewnych zasad jest koniecznością, aby terapia była terapią. Życie jednak jak to sama kiedyś powiedziała pisze różne scenariusze. Jeśli przyszłoby mi kiedyś do głowy odebrać sobie życie, chciałabym, żeby niezależnie od tego czy jest wierząca czy nie, nagięła ostatni raz zasadę i stanęła obok mojej matki na moim pogrzebie...

poniedziałek, 16 maja 2016

Wysokie obcasy


"No tak i znowu jestem w czarnej dupie" - pomyślałam z goryczą siedząc na zimnej kanapie, oczywiście czarnej barwy, w poczekalni jednej z prywatnych przychodni terapeutycznych. Łzy popłynęły mi do oczu. "Boże, tak bardzo nie chce mi się żyć, a jeszcze mam o tym opowiadać jakiejś obcej babie! Pewnie kolejna psychiczna bardziej ode mnie... Co mam zrobić? Może by tak uciec stąd? Oszczędzić sobie kolejnego upokorzenia! Oszczędzić sobie kolejnej opowieści o tym jaka jestem beznadziejna!". Następne 30 minut oczekiwania na sesję przepłakałam, gapiąc się na wiszącą na ścianie plazmę. Parę minut później przyszła po mnie drobna blondynka po czterdziestce. I od tego wszystko się zaczęło...

"Co panią do mnie sprowadza?"- spytała. Wywaliłam z siebie lekko pochlipując, że depresja, że nie mam siły wstać z łóżka i że...mam myśli samobójcze. Ku mojemu zaskoczeniu blondynka nic nie zanotowała, nie posiadała nawet kartki! Szybko wyrwała mnie z żałosnego zawodzenia, mówiąc konkretnym, energicznym głosem "kiedy Pani tak leży po ciemku i ma te myśli samobójcze niech Pani włączy telewizor!". To stwierdzenie szybko wytrąciło mnie z otępienia. "Że co?" - spytałam zaskoczona. "No niechże Pani włączy radio, telewizor, cokolwiek. Bodźce słuchowe pomagają, żeby się na takich myślach nie skupiać!". Wstała dziarsko i podeszła do stojącej w rogu tablicy. Mówiła coś o jakichś sinusoidach rysując diagramy, o tym, że powinnam mieć plan dnia od godziny do godziny, żeby tak bezczynnie nie leżeć itd. itp. Ja w tym czasie połowy słuchałam, a połowę uwagi przeznaczyłam na baczną obserwację swojego nowego terapeuty. Czułam, że trafiłam na kogoś u kogo pobędę dłużej niż dwie sesje!  Czułam, że to wreszcie to! Stała przede mną ładnie uczesana, elegancko ubrana, dojrzała kobieta. Miała ładne buciki na wysokim obcasie! Energiczna, żywiołowa, konkretna, mówiąca z sensem, dająca rady! Od razu mi się poprawiło...
Na drugiej sesji dostałam pierwsze w życiu zadanie domowe! Miałam narysować trzy rysunki w domu. Pomyślałam sobie "kiedy zacznę robić coś konkretnego typu rysowanie, wypisywanie, cokolwiek NAMACALNEGO na pewno wyzdrowieję...". Chętnie przychodziłam więc na kolejne sesje. Kiedy blondynka interpretowała moje rysunki, wszystko co mówiła było prawdą! Do tej pory nie wiem jak to robiła, ale była w tym jakaś odrobina magii. Dostawałam kolejne zadania typu wypisywanie pozytywnych cech - trudne jak diabli, pisanie listu do matki itp... Czułam, że odrabiam lekcje, które zamiast dobrej oceny przyniosą mi spokój ducha, równowagę psychiczną i szczęście...

Podobało mi się w jaki sposób ta kobieta ze mną rozmawia. Było swobodnie, a jednocześnie czułam doping i wsparcie. Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów byłam przez kogoś chwalona! Pojechała po całości moją matkę i jej obecnego partnera, z którym zmuszona byłam mieszkać. Nie zostawiła suchej nitki na moim ówczesnym chłopaku. Wszyscy na około byli źli, a to ja byłam ta dobra! Nareszcie! Jakże mnie to cieszyło! Zaczęłam wierzyć w to, że wcale nie jestem takim cholernym zerem, co znacznie wzmacniało moje poczucie własnej wartości! Niestety, zaczęłam wierzyć również i w to, że ludzie, którzy mnie otaczają są beznadziejni i pozbawieni jakichkolwiek zalet... Dla osoby narcystycznej, którą niestety jestem, takie podejście było bardzo szkodliwe. Utwierdzało mnie bowiem w przekonaniu, że wina zawsze leży po stronie wszystkich innych, a ja jestem czysta jak łza...
Ponadto blondynka nie przebierała w słowach wypowiadając się o osobach, jakby nie było, mi najbliższych. Bardzo podobał mi się luz jaki wprowadzała do naszego kontaktu, ale już nieco mniej nazywanie mojego chłopaka zerem z racji tego, iż  nie posiada wyższego wykształcenia i pracuje na stacji benzynowej. Kiedy usłyszałam, że nie powinnam zachodzić w ciążę biorąc psychotropy, bo urodzę cytuję potwora zaczęłam się porządnie niepokoić. Nie odpowiadały mi, aż tak "ostre teksty", kłócące się często z moim światopoglądem! Po kilku sesjach przestałam więc do niej przychodzić. Jak czas później pokazał kolejne kryzysy, jakie pojawiały się w moim życiu, za każdym razem stawiały mnie przed drzwiami jej gabinetu. Czemu akurat jej? Bo mimo wad była jedynym terapeutą, który przypominał żywego człowieka, a nie cholerną, beznamiętną mumię!

Nasz terapeutyczny romans z każdym kolejnym spotkaniem nabierał coraz większych rumieńców...
Było na przykład kilka takich sytuacji, które powodowały, że blondynka stopniowo traciła zyskane u mnie punkty.
Poddana zostałam na przykład relaksacji, podczas której, miałam wyobrażać sobie "pełne ciepła i energii uzdrawiające źródło mocy"...W trakcie, zamiast się ogrzewać, byłam spięta jak jasna cholera i porządnie zaniepokojona faktem, iż kazano mi siedzieć z zamkniętymi oczami! Codziennie miałam za zadanie odsłuchiwanie opowiadanej przez nią bajki terapeutycznej o dziewczynce z indiańskiego plemienia, którą nagrałyśmy na mój telefon...co uważałam za dziwne i głupie. Któregoś razu nakazała mi też, stanąć na postawionym na środku gabinetu, drewnianym krzesełku... zaraz przy krawędzi... Nie pamiętam co to miało na celu, ale mało się nie spierdoliłam... Dość ciekawym jej pomysłem był też list do koleżanek z pracy, który kazała mi napisać, abym mogła wylać z siebie żal i złość...Wszystko szło nieźle do momentu, w którym nie stanęłam z kartką i zapałkami pod swoim oknem. Jak radziła, podpaliłam zapiski, tyle że, zrobiłam to z takim namaszczeniem, iż w środku nocy zmuszone byłyśmy gasić wraz z matką płonącą jak żagiew zasłonę.... Kolejny list radziła pisać do byłego chłopaka... tak, tego zera ze stacji benzynowej... Tym razem nie miałam już używać zapałek! Ulżyło mi nawet, dopóki nie usłyszałam, że dla odmiany mam iść na cmentarz i zakopać kartkę przy grobie mężczyzny o tym samym imieniu... Obawiając się kary boskiej za bezczeszczenie grobów oraz ścigających mnie zza światów zmarłych, z tej metody już nie ośmieliłam się skorzystać... W końcu, kiedy wróciłam do niej po raz setny po dłuższej przerwie, stwierdziła, że coś jest nie tak, że mi się  nie poprawia i istnieje ryzyko, że tak jak jedna z jej pacjentek....uwaga.... MAM RAKA MÓZGU. Na tej sesji była akurat wyjątkowo ze mną moja matka. Ona mało nie dostała zawału, a ja wyszłam z gabinetu z pełnym przeświadczeniem, że jestem śmiertelnie chora i niedługo umrę... Dziś mnie to bawi, w ten dzień byłam w takim szoku, że siedziałam wieczorem pod prysznicem i szorowałam pięty pumeksem prawie do krwi, bo ubzdurałam sobie, że jak mają mnie pochować to z gładkim naskórkiem... Na jednej z ostatnich wizyt dla odmiany dowiedziałam się, że moja agresja do przedmiotów, a konkretnie rzucanie popielniczkami i kubkami, skończy się tym, że w końcu kogoś zabiję... Najbardziej jednak ze wszystkiego, zrażały mnie jej obietnice bez pokrycia. Nie przynosiła obiecanych książek, nie wysyłała obiecanych maili. Na odpowiedź smsową trzeba było czekać parę dni, a na jednego maila nie odpowiedziała wcale, tłumacząc się popsutą skrzynką...

Wiecie, najlepsze w tym wszystkim  jest to, że mimo wielu dziwactw tej kobiety i nieraz komicznych sytuacji, których byłam udziałem, czułam, że ktoś po prostu ze mną jest. Czułam, że ktoś może i chce mi pomóc. Niejeden raz, kiedy było mi bardzo ciężko, wsłuchiwałam się w tą głupią, nagraną przez nią bajkę. Bajkę o dziewczynce, która zgubiła drogę w życiu... Słuchałam cichego, spokojnego głosu i czułam przy sobie jej obecność... Jeden z niewielu terapeutów, którzy ze mną rozmawiali... Dla których byłam człowiekiem, a nie tylko psychologicznym obiektem.
Dziś wspominam ją nieco z uśmiechem, nieco z sentymentem. Trochę wariatka, z ciętym językiem, niedotrzymująca dawanych mi obietnic. Nade wszystko kobieta silna i bardzo barwna. Nikt z was widząc jej zgrabną sylwetkę, wysokie obcasy i blond loki nie podejrzewałby nawet, że kupę lat walczyła z rakiem i ma amputowaną pierś. Te dwa fakty, które mi kiedyś w zwykłej rozmowie wyjawiła sprawiają po dziś dzień, że mam do niej bardzo wiele szacunku i cieszę się, że stanęła na mojej terapeutycznej drodze. Na tej samej drodze po paru latach stanął jednak ktoś jeszcze. Ktoś komu bardziej mogę zaufać i kto znaczy dla mnie jeszcze więcej... Ktoś kto szanuje ludzi bez względu na ich wykształcenie, orientację seksualną czy wyznawaną religię...ale to już zupełnie inna historia...

czwartek, 24 marca 2016

Terapeuci


Nawiązując do mojego ostatniego posta - "nigdy w życiu" nie spodziewałabym się, że zajrzy na tego bloga tak wielu z Was! Uwierzcie mi, naprawdę jestem w szoku. Dostaję maile, moje wypowiedzi są cytowane na facebooku, a pewna znajoma mi osoba poleciła niedawno komuś mój ostatni wpis. Dziękuję bardzo każdemu, kto poświęcił swój czas na odwiedzenie tej strony! To dla mnie naprawdę bardzo wiele znaczy...
Z racji tego, iż wzrosło zainteresowanie moją terapią, a konkretnie tym, co też takiego robię, że wreszcie zaczęłam myśleć bardziej pozytywnie, chciałabym podzielić się z Wami swoimi doświadczeniami w tym temacie...

Było ich szesnastu. Szesnaścioro różnych ludzi i osobowości, którym dane było usłyszeć historię mego "nieszczęsnego" żywota.
Przed pierwszym spotkaniem, siedząc na drewnianym krzesełku w poczekalni, miałam wrażenie, że zaraz zemdleję. Byłam zażenowana, a nade wszystko czułam ogromny lęk. Wstydziłam się powiedzieć komukolwiek o tym, że nie mam przyjaciół, żyję na utrzymaniu matki, mój ojciec ma mnie w dupie, a długoletni związek w którym jestem to fikcja. Nie wiedziałam co mnie czeka za wielkimi drewnianymi drzwiami... Kiedy wybiła moja godzina weszłam niepewnie do ponurego, tonącego w cieniu, pokoiku. Podejrzewam, że miało tam być nastrojowo...W moim odczuciu jednak, właśnie znalazłam się w grobie! Na środku gabinetu stały dwa czarne, skórzane fotele, a pomiędzy nimi stolik, wyposażony w żółtawą, posępną lampkę i wielką pakę chusteczek higienicznych. Widząc te chusteczki od razu pomyślałam, że w tym miejscu ludzie tylko siedzą i płaczą... Miałam ochotę zwiać!
Pierwszą rzeczą w wyglądzie nowej terapeutki, która od razu zwróciła moją uwagę...uważajcie....były BUTY. To śmieszne, jak taki drobiazg może wpłynąć na nasz odbiór drugiej osoby! Płaskie, czarne czółenka, wyglądające jak obuwie do trumny, znakomicie dopełniały reszty ponurego stroju, w który przywdziana była, siedząca na przeciw mnie, kobieta koło czterdziestki. Nie jestem pustakiem i zdaję sobie sprawę z tego, że wygląd nie świadczy o człowieku. Kobieta ta jednak, w żaden sposób nie nadrabiała, całego tego pogrzebowego nastroju, swoim intrygującym sposobem bycia. Była chłodna i zdystansowana... Obojętna... Skrzętnie notowała wszystko co mówię, zadając kolejne pytania o mój życiorys. Nie było żadnego dialogu między nami. Żadnej interakcji... Tylko ehe, aha, yhy... Wyszłam wściekła i jeszcze bardziej sfrustrowana, niż tam weszłam! Po trzech sesjach, jedyne czego się o sobie dowiedziałam to to, że mam lęk przed dorosłością. Ta jakże odkrywcza wiadomość, kosztowała mnie czterysta złotych i kilka niemiłych wspomnień! Później bywałam w wielu podobnych gabinetach... Wyczytałam gdzieś, że ten "chłód" jest charakterystyczny dla terapii psychodynamicznej... Terapeuta nie może okazywać emocji, a wnętrze nie powinno rozpraszać nadmiarem bodźców. Może komuś podobna opcja odpowiadała, ja - typowy lękowiec - w takim otoczeniu czułam się jakbym zaraz miała odwiedzić zaświaty... Po tym doświadczeniu na długo zrezygnowałam z terapii. Myślałam, że leki mi wystarczą i rozwiążą wszystkie moje problemy... Kiedy pogorszyło się do tego stopnia, że znów nie potrafiłam normalnie funkcjonować, zapukałam do kolejnych drzwi...

Jedną z następnych, testowanych przeze mnie terapeutek została moja była wykładowczyni z uczelni. Kiedyś, jeszcze za czasów studenckich, usłyszałam od niej, że bardzo gratuluje mi zaliczenia prowadzonej przez siebie terapii tańcem. Kiedy spytałam dlaczego, powiedziała, że zauważyła jak wiele wysiłku kosztowało mnie uczestnictwo w psychologicznych zajęciach ruchowych w kole. Pomyślałam wówczas, że musi być świetnym psychologiem, skoro odkryła coś, co tak skrzętnie ukrywałam przed światem! Trafnie dostrzegła mój lęk przed ludźmi... Pełna nadziei i przekonania, że niewiasta ta na pewno mnie uzdrowi, umówiłam się z nią mailowo na spotkanie. Prawie na wstępie usłyszałam, że jestem W TAK ZŁYM STANIE, że powinnyśmy spotykać się co najmniej dwa razy w tygodniu! Uznała widać, że moje bezrobocie, nie stanowi większej przeszkody w podwojeniu płatności, a informacja o tragicznym stanie zdrowia bardziej mi już nie zaszkodzi... Jakoś przełknęłam kolejne mądrości, które przez dwie sesje mi wygłaszała, kiedy jednak poczęstowana zostałam gadką o negatywnych energiach, ludzkich przeczuciach i poczcie pantoflowej funkcjonującej pomiędzy pracodawcami w moim mieście, przelała się czara goryczy. Doszłam do wniosku, że ta pani pomyliła psychologię z ezoteryką i bardziej nadaje się na wróżkę niż na psychoterapeutę. Obraz osoby kompetentnej i wykształconej, który zbudowała sobie w moich oczach w trakcie studiów, prysł jak bańka mydlana! Swoją drogą, kobieta ta, musiała sporą ilość swoich klientów "czarować" z częstotliwością dwa razy w tygodniu, gdyż jako jedyną z zacnej szesnastki, stać ją było na bajerancką maszynkę do drukowania paragonów... Moje poszukiwania trwały dalej...

Raz trafiła mi się istna specjalistka od higieny snu. Młoda, bardzo chłodna, siedząc w kolejnym posępnym gabinecie, na kolejnym posępnym fotelu, potęgowała tylko moją depresję. Nie znając kompletnie, ani mnie, ani moich problemów, radziła mi, bym w trakcie kolejnej nieprzespanej nocy, leżała do rana gapiąc się w sufit. Trzeba przyznać, że była odważna, proponując leżenie godzinami w ciszy i ciemnościach osobie, która ma myśli samobójcze i powinna robić wszystko byle się na nich tylko nie skupiać! U tej pani byłam tylko raz!

Później miałam również przyjemność odwiedzić psychoterapeutkę, która ma świetne noty na portalu znany lekarz i plasuje się naprawdę wysoko, jeśli brać pod uwagę opinie w internecie. Tym razem na drugiej wizycie usłyszałam, dla odmiany, że JESTEM ZUPEŁNIE ZDROWA. Wybitnej specjalistki wcale nie zaniepokoił fakt, że od paru lat leczę się psychiatrycznie, pocięłam sobie rękę, a kiedy weźmie mnie fantazja snuję plany jak ze sobą skończyć!!! Poradziła mi, żebym "uwolniła swoje wewnętrzne dziecko" i "zrobiła sobie imprezę"! Tak...naprawdę... To był chyba najgorszy i najbardziej niekompetentny spec do jakiego trafiłam! Dziwnym zbiegiem okoliczności pozytywne opinie o niej pojawiają się do dziś na portalu znany lekarz z częstotliwością równiusieńko raz w miesiącu! Widać, bardzo zależy jej na rozgłosie i wstawia je sobie sama...

Jednym z moich ostatnich psychologów został dla odmiany mężczyzna, którego polecił mi mój obecny psychiatra. Trzeba przyznać, że był on szalenie punktualną osobą... Z racji tego, że pojawiłam się u niego pół godziny przed czasem, kazał mi czekać na klatce schodowej - nie posiadał czegoś takiego jak poczekalnia. Przetrzymał mnie na korytarzu pół godziny, po czym zaprosił do małego, śmierdzącego stęchlizną pokoiku zawalonego książkami. Widocznie, kiedy ja siedziałam na schodach odmrażając sobie tyłek, musiał dokończyć lekturę jakiejś pasjonującej psychologicznej książki... W każdym razie, pan ten był świetnym doradcą zawodowym. Wzburzony faktem, że mam problem ze znalezieniem pracy, radził mi - lękowcowi - abym z impetem wpadała do biur dyrektorów ze swoim życiorysem w garści. Kiedy zwróciłam mu uwagę na to, że żaden szef nie siedzi w gabinecie bez pilnującej go gorliwie sekretarki, usłyszałam, że mam być pewna siebie i kłamać, że przyszłam w sprawie prywatnej... Z kolejnych porad zawodowych już nie skorzystałam!

Dobra, starczy. Powyżej opisałam Wam kilku moich psychologów. Byli i inni u których spędzałam jedną, góra dwie sesje. Z racji ilości, tych mniej barwnych osobistości już nawet nie pamiętam... Dwie najistotniejsze dla mnie terapeutki zasługują na osobne odsłony, które dodam wkrótce. Dziś chciałam Wam tylko pokazać jak różni mogą być terapeuci...oraz ich gabinety! Podczas opisywania nie podarowałam sobie charakterystycznej dla siebie dawki ironii i sarkazmu. I tu dochodzimy do momentu, w którym napiszę coś, co przed terapią by się tutaj nie znalazło. Uważam, że część z osób u których szukałam pomocy, nie sprawdzało się w tym zawodzie... Części jednak, nie dałam szansy... Czasami zbyt szybko rezygnowałam! Jeśli jesteście w trakcie poszukiwania kogoś dla siebie nie zrażajcie się po jednej czy dwóch wizytach! Szukajcie psychoterapeuty, który będzie WAM odpowiadał i z którym będziecie się czuli jak najswobodniej. Nie kierujcie się opiniami z internetu! Doświadczajcie, testujcie i nie rezygnujcie! Pamiętajcie jednak - psychologowie to też ludzie, którzy mogą się mylić i mieć wady. Jeśli ma się za sobą tak jak ja szesnastu specjalistów, istnieje ryzyko, że może to my sami liczymy na zbyt wiele... Bądźcie czujni wobec czyjejś niekompetencji, ale nie oczekujcie, że jakikolwiek certyfikat da ludziom, takim samym przecież jak wy, boską moc uzdrawiania duszy...


                                         

środa, 14 października 2015

Czerwony fotel


Dwa czerwone fotele, kiepsko pomalowana ściana za tym na którym jakieś pół roku temu usiadła ONA. Właściwie to ona już tam była a to ja pojawiłam się na swoim miejscu. Miejscu KLIENTA. Rozpoczęłam terapię w nurcie Gestalt.

Początkowo ONA wydała mi się dosyć nijaka, podobna do innych psychoterapeutów u których byłam kilka razy, ostatecznie rezygnując z myślą "szkoda pieniędzy". Szlak mnie trafiał, kiedy za każdą kolejną sesję przyszło mi zostawiać JEJ na biurku stówę, ale polubiłam JĄ jako osobę a właściwie swoje wyobrażenie o NIEJ, bo tak naprawdę pojęcia nie miałam jaka jest naprawdę. Słyszałam z JEJ ust "nie jesteś sama", "przejdziemy przez to razem", "wiem że jest Ci ciężko".

Na początku byłam sceptyczna a wszystkie miłe słowa, które od NIEJ słyszałam traktowałam jako próbę polepszenia mi nastroju, po to bym za tydzień wróciła ja i stówa z portfela mojej matki. Stopniowo jednak zaczęłam czuć się bezpiecznie, nabrałam zaufania. Miałam nieodparte przeczucie, że trafiłam na naprawdę dobrego człowieka, któremu nie jest obojętny los innych ludzi. Dodatkowo JEJ wykształcenie, tytuły jakie miała, sposób wypowiadania się i często trafne spostrzeżenia, które rzucała niby od niechcenia, utwierdzały mnie w przekonaniu, że to psychoterapeuta idealny dla mnie.

Nawet się nie spostrzegłam, kiedy stała się dla mnie kimś cholernie ważnym. Stała się czymś na wzór przyjaciółki, starszej siostry, może nawet matki. Kimś kto mnie wysłucha, pocieszy i da ciepło drugiego człowieka, którego mi tak potwornie brakowało. Zrobiłam straszny błąd traktując JĄ w ten sposób i przekraczając granice. Momentem kulminacyjnym było zaproszenie JEJ do znajomych na Facebooku. Zmieniła zdjęcie profilowe. Wyglądała na nim tak ładnie i dziewczęco, że mimo, iż wcześniej widziałam jej profil i był mi obojętny tym razem skusiłam się.

Wyjątkowo łatwo przyszło JEJ sprowadzić mnie na ziemię. Zaproszenia nie przyjęła. Poinformowała mnie bardzo rzeczowo, że tylko po zakończeniu terapii i okresie karencji możliwe jest jakiekolwiek utrzymywanie kontaktów towarzyskich podkreślając "jeśli obie strony tego chcą", powiedziała też jasno "ja nie jestem Twoją koleżanką".Te słowa odbiły się w mojej głowie szerokim echem i choć wiem, że to prawda wolałabym ich nigdy nie usłyszeć. Wcześniej mogłam pisać do NIEJ smsy, zawsze odpisywała, dodawała mi otuchy, czułam że mam do kogo się zwrócić. Po tym kiedy wysłałam JEJ wiadomość że wzięłam dużo leków i bardzo źle się czuję - zabroniła tej formy kontaktu ograniczając ją tylko do umówienia się na spotkanie. Zagroziła również, że jeśli dostanie następnego takiego smsa, wzięła to chyba za informowanie jej o próbie samobójczej, zadzwoni pod 112. Głównie nie zapomnę słów "jeśli chcesz się zabić zrób to ale ja nie chcę o tym wiedzieć" - kolejny tekst, który prawie mnie sparaliżował. Na koniec sesji usłyszałam dla kontrastu "życzę Ci naprawdę dobrego życia, może nawet Tobie bardziej niż innym moim klientom".

Ostatnia nasza sesja była koszmarem, wytrzymałam 30 minut i zrezygnowałam. Poszłam tam z nadzieją, że choć trochę poprawi się moje samopoczucie a usłyszałam "zafiksowałaś się na tym, żeby znaleźć pomoc, nie czekaj, aż ktoś Cię uratuje, bo to nie nastąpi. Musisz uratować się sama". Kilkukrotnie ONA pytała mnie czy na pewno chcę terapii, jakby czekała, aż zrezygnuję i pozbędzie się natręta, wrzodu na tyłku, śmiecia. Zdenerwowana takim podejściem spytałam, czy mam wyjść a w odpowiedzi usłyszałam "rób co chcesz w końcu jesteś dorosła".

Stało się dla mnie najgorsze co mogło się stać. Po raz kolejny ktoś mnie odrzucił. Minęło już trochę czasu, a ja czuję się jakbym miała żałobę. Jakby odszedł ktoś mi drogi, cenny, "mój anioł". Moja psychoterapeutka zmieniła do mnie podejście i nie będzie już taka jak była wcześniej. Zawiniłam bo "pokochałam" nierzeczywisty obiekt, który stworzył mój przesiąknięty psychotropami mózg i choć zdaję sobie z tego sprawę jest mi tak cholernie źle. Może gdyby to był ktoś inny znienawidziłabym go życząc wszystkiego najgorszego, ale jakoś JEJ nie potrafię. Boję się tego co jeszcze od NIEJ usłyszę, boję się JEJ chłodu, dystansu, który się pojawił, czuję nawet niechęć przed spotkaniem, choć o dziwo dalej JĄ lubię. Przede wszystkim czuję żal...Żal po stracie.....

Ta kobieta to mój siedemnasty psychoterapeuta i choć z anioła stała się w pewnym sensie mym katem nie odpuszczę słyszycie??? Nie rzucę tej pieprzonej terapii, mimo że, gdy tam idę, jest mi tak strasznie głupio i wstyd. Stawie temu czoła. Nadejdzie jeszcze taki dzień, kiedy zejdę z tego cholernego czerwonego fotela wolna od lęku i swoich demonów a wtedy szczęście będzie już tylko na wyciągnięcie ręki......