Pokazywanie postów oznaczonych etykietą smutek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą smutek. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 maja 2016

Gra pozorów


Tym razem  nie będzie optymistycznie... 
Krótką chwilę zajęło mi podjęcie decyzji czy umieścić tutaj ten wpis. Zdecydowałam się na to, ponieważ myślę, że chociaż w tej przestrzeni mogę pozwolić sobie na autentyczność! Na szczerość z Wami i samą sobą...

Jest dziś jeden z tych dni, kiedy po prostu nie mam ochoty żyć...  Wyświechtane...wiem. Tak bardzo dziś siebie nienawidzę, że tą nienawiścią wypełniłabym cały ocean. 

Marzę, żeby być kimś innym...Wyglądać inaczej, mówić inaczej, myśleć inaczej...
Marzę, żeby już nikt nigdy nie skrytykował mojej koszmarnej figury, żeby już nikt nigdy nie oceniał jakiejkolwiek wykonanej przeze mnie pracy! Marzę, żeby odkleić sobie od ust ten cholerny sztuczny uśmiech małej dziewczynki i żeby nikt ode mnie już niczego nie chciał!!! Mam ochotę wrzasnąć "ludzie, czy wy nie widzicie jak cierpię?! jak jest mi źle? nie widzicie, że czasami trudno mi wstać z łóżka i się wykąpać, zrobić kolejny krok w drodze do pracy, kontynuować z wami wymuszoną gadkę o wszystkim i niczym!!! Czemu mnie nie słyszycie?!".

Jestem więźniem... Więźniem pozorów, wymuszonych uśmiechów i konwenansów. A strażnikiem... jestem ja sama. Mogę uciekać przed ludźmi, ale przed sobą nie ucieknę. Nigdzie... Nikt nie jest w stanie mi pomóc, a sama sobie nie potrafię... Nie mam już siły i nie chcę tak żyć! 
Przemawia przeze mnie choroba? I co z tego?! Faktem jest, że potwornie się męczę... Sama ze sobą...

Wczoraj widziałam na fecebooku zdjęcie mojego byłego chłopaka w grupie nowych znajomych. Siedzieli na trawie na pikniku... Poczułam taką straszną złość i zawiść, że przelękłam się samej siebie. On żyje i całkiem nieźle się bawi, a ja jestem taka SAMOTNA. Taka cholernie samotna, że aż żałosna. I nie ma komu wypełnić tej pustki...

Dziś jest straszny dzień. Dzień w którym chciałabym się nałykać leków i po prostu odejść... Odejść tam, gdzie niczego już nie będzie... Tam gdzie nie ma udawania i nie trzeba się na siłę uśmiechać...
To najsłabszy z moich wpisów, ale tego wieczora nie mam siły na więcej. Przepraszam Was... Przepraszam każdego, kto się skusi i to dno przeczyta...

wtorek, 22 grudnia 2015

"Zawsze tam gdzie Ty" cz.3


Miłości nie definiują romantyczne randki, bukiety kwiatów, czułe słówka czy najlepszy pod słońcem seks. Prawdziwe uczucie jest wtedy, gdy potrafisz z drugą osobą dzielić smutki i radości. Gdy umiecie razem trwać, mimo szarości dnia codziennego. Gdy troszczysz się o kogoś bardziej, niż o samego siebie.
On kiedyś mnie kochał. 
Kochał mnie, gdy na gwiazdkę rezygnował z ciepłego swetra, po to by, za zaoszczędzone w ten sposób pieniądze, kupić mi prezent. 
Kochał, gdy każdy, wyrwany w bólach od rodziców grosz, wydawał na moje papierosy. 
Kochał, gdy po tym, jak uciekałam z domu, po kolejnej awanturze z matką, szukał mnie godzinami po parkach.
Kochał, gdy znosił moje fochy i humory.
Kochał też, gdy prawie całkowicie zerwał swoje kontakty z rodzicami, przez to, że mnie nie akceptowali.
Ja też go kochałam. 
Kochałam, kiedy nie przelewało się u nas w domu i rezygnowałam z części swojego obiadu po to, żeby on był syty. 
Kochałam, gdy namawiałam matkę na kupienie mu ciepłej kurtki na zimę, bo widziałam, że marznie. 
Kochałam, gdy nocami zwijał się z bólu nieleczonych z tchórzostwa zębów. 
I wtedy, gdy siedziałam z nim u dentysty, dodając otuchy jak małemu chłopcu, też go kochałam. 

Przetrwaliśmy wiele. Koniec liceum, jego kolejne nieudane prace, brak pieniędzy, moje beznadziejne studia.
Dwie rzeczy jednak stopniowo zabijały nasz związek.
Pierwsza to nieudany seks. Choćby wesołek nie wiem jak się starał i jakich konfiguracji miłosnych nie wymyślił, nasze igraszki nie sprawiały mi zbyt wiele przyjemności. Ja marzyłam o silnym brutalu w typie macho, on o dzikiej amazonce, przejmującej w łóżku prawie całą inicjatywę. Żadne z nas nie umiało sprostać wymaganiom drugiej strony.....Nic nie dawały erotyczne filmy, zabawki z sexshopu czy wyciąg z hiszpańskiej muchy. Kompletnie nie pasowaliśmy do siebie w łóżku.
Drugą rzeczą była RUTYNA. Zamiast wychodzić do ludzi, my siedzieliśmy w domu przed komputerem jak emeryci. Wesołek do dziś twierdzi, że z mojej winy. Cóż, kiedy miałam do wyboru pójście do baru lub klubu z naszymi fałszywymi znajomymi z liceum, faktycznie wolałam domowe zacisze. Granie w gry różnego rodzaju było naszą pasją i ulubionym sposobem spędzania wolnego czasu. Kupowaliśmy sobie tony słodyczy, i opychając się nimi, godzinami rozgrywaliśmy bitwy herosów. Było to jedno z moich ukochanych zajęć. 10 lat takiego relaksu to było jednak za długo......
Stopniowo nuda, jaka nas ogarniała stawała się coraz bardziej dojmująca. Mówiłam wesołkowi: "proszę Cię zróbmy coś, zanim będzie za późno! Nasz związek się sypie. Zobacz, nie jesteśmy już tacy jak kiedyś!!!". On nie słuchał. Przychodził do mnie do domu tylko po to, żeby całymi dniami wgapiać się w telewizor. Osoba, którą kiedyś bardzo obchodziłam i której zwierzałam się ze wszystkiego, co mnie boli i cieszy, powoli przestawała istnieć....

Z czasem zaczęłam dostrzegać jak bardzo, mimo swojego wybuchowego charakteru, ja dałam się wesołkowi podporządkować i od niego uzależnić. Wiecznie musiałam nosić spódniczki mini, infantylne blond loczki i znienawidzone wysokie obcasy. Byłam sztuczną laską na każde skinienie, łechtającą jego męskie ego.
Kiedy wychodziliśmy gdzieś, z reguły było to centrum handlowe, musiałam zawsze iść za rączkę tam, gdzie on mnie poprowadził. Nie wolno mi było być zbyt spontaniczną. Nie wypadało krzyczeć za głośno, śmiać się zbyt perliście, bo co ludzie powiedzą???!!! Od czasów liceum coraz bardziej zaczęła ujawniać się moja nieporadność, nieumiejętność radzenia sobie z prostymi czynnościami w życiu, które z reguły robiła za mnie mama. Wesołek przejął rolę rodzica. Cholernie go dowartościowywało, że może, a nawet nieraz musi, robić różne rzeczy za mnie. Tym razem to on czuł moc. Jego siła mnie stopniowo zabijała. Gasłam. Wiecznie poprawny, dbający o pozory, coraz mniej wrażliwy, odbierał mi spontaniczność i radość życia. Byłam więźniem, a jednocześnie panicznie bałam się samotności. Prócz niego nie miałam nikogo....

Latami znosiłam komentarze typu: "roztyłaś się", "czemu nie masz jaśniejszych włosów", "no jak Ty wyglądasz", "studia skończyłaś tylko dlatego, że ci za nie zapłacili", "szkoda, że w stosunku do innych nie jesteś taka wyszczekana", "nie pracujesz i jesteś pasożytem","nigdy nie zarobiłaś choćby złotówki", "nawet nie umiesz zrobić zakupów" i tak dalej i tym podobne. Tego typu uwagi coraz bardziej niszczyły moje, już i tak poważnie zaniżone, poczucie własnej wartości. Nie pozostawałam mu dłużna i mówiłam wiele przykrych rzeczy. Różnica jednak między nami polegała na tym, że po wesołku większość moich krytycznych uwag spływała jak po kaczce, a ja wszystko brałam do siebie i bardzo przeżywałam.
Wiele razy próbowałam to zakończyć, ale on uparcie wracał i namawiał mnie na jeszcze jedną szansę, kolejną próbę. 

Po jakichś 10 latach moja matka wyprowadziła się do swojego nowego faceta. Zostałam sama. Wesołek wprowadził się do mnie. Wtedy zaczęłam chorować na depresję. On całymi tygodniami był w pracy, czas wolny spędzając samotnie przy komputerze, a ja spałam.... Zrobił sobie ze mnie swoją praczkę, sprzątaczkę i kucharkę. Tylko do tego byłam mu potrzebna. Ja z każdym dniem spadałam coraz niżej, a on miał to gdzieś. Zaczęłam przesypiać całe dnie. Nie mogłam wstać. Pogrążałam się w smutku, a jego nie było przy mnie. Przychodził tylko w jednym celu. Po to, żeby mimo tego, że widział i słyszał, iż nie mam na to ochoty, zaciągnąć mnie do łóżka. Czułam się jak przedmiot. Zmuszałam do seksu myśląc w trakcie "Boże niech to się już wreszcie skończy". Kilka razy płakałam w trakcie. Nawet nie zauważył....
W między czasie poszłam do psychiatry i zaczęłam się leczyć. Nie miałam z kim porozmawiać o swojej chorobie. Wesołek się mnie wstydził. Wstydził się wariata i omijał ten temat szerokim łukiem. Koleżanka Fluoeksetyna po ok. miesiącu zażywania pomogła mi się od niego uwolnić. Spakowałam mu manatki i wypierdoliłam z domu. Rzadko co sprawiło mi w życiu tyle satysfakcji. Po jego wyjściu wpadłam w panikę i histerię. Zostałam sama......Sama w pustym mieszkaniu mając do towarzystwa moje dwa kochane psy rasy kundel i opakowanie Xanaxu.....

Odchorowywałam ten związek jakieś 4 lata. W między czasie, on wiele razy chciał wrócić. Nie uległam. Dałam radę i wiem, że zrobiłam dobrze. Odzwyczaiłam się od kogoś z kim spędziłam prawie połowę swojego życia. Było mi bardzo ciężko......
Dziś mimo, że spotkało mnie tyle bólu i przykrości, nie żałuję tej relacji. Bywały piękne momenty, które zachowałam w pamięci. Dociera jednak do mnie z każdym dniem coraz wyraźniej, że nasz związek to nie była żadna PRAWDZIWA miłość. Dlaczego? Może dlatego, że:

"Miłość cierpliwa jest, 
łaskawa jest. 
Miłość nie zazdrości, 
nie szuka poklasku, 
nie unosi się pychą; 
nie dopuszcza się bezwstydu, 
nie szuka swego, 
nie unosi się gniewem, 
nie pamięta złego; 
nie cieszy się z niesprawiedliwości, 
lecz współweseli się z prawdą. 
Wszystko znosi, 
wszystkiemu wierzy,
we wszystkim pokłada nadzieję, 
WSZYSTKO PRZETRZYMA"          

                                                        

                                                                                                                          
                                                                                                                               KONIEC
i oby ciąg dalszy nie nastąpił 

sobota, 28 listopada 2015

Pierwiosnek


Kiedy skończyłam pierwszą klasę podstawówki matka przeniosła mnie do nowej szkoły. Może, gdyby tego nie zrobiła, dziś byłabym zupełnie kimś innym? Osobą pewną siebie, przebojową i radzącą sobie świetnie w życiu? Niestety stało się...Ta decyzja spowodowała, że na mojej drodze pojawiła się pierwsza wielka niespełniona miłość. Była to głęboka fascynacja a nawet obsesja, która skutecznie zabiła we mnie wiarę w siebie i spore pokłady woli walki, którymi dysponowałam jeszcze jako dziecko. Zaczęło się dość niewinnie....

Do tej pory pamiętam fragmenty dziecięcego wierszyka o pierwiosnku, którego kazała mi się nauczyć moja nowa wychowawczyni. Mówiąc ten wierszyk pierwszy raz, wśród grupki dzieci stojących pośrodku salki do katechezy, dostrzegłam zielonookiego. Miałam 9 lat i już wiedziałam, że to on zostanie moim mężem. Nie potrafię tego wytłumaczyć, było to doświadczenie wręcz mistyczne, którego nie da się opisać słowami.
Zbieg okoliczności sprawił, że posadzono nas razem w ławce. Próbowałam nawiązać z nim kontakt, jednak on nie zwracał na mnie większej uwagi. Był zajęty brylowaniem w towarzystwie innych popularnych w klasie chłopców. Razem z nimi straszył dziewczynki konikami polnymi, a gdy to go nudziło, był zajęty zalecaniem się do najładniejszej dziewczynki w klasie - małej miss. Po pewnym czasie doszłam do wniosku, że "chłopcy są guuupi" i przestałam zwracać na niego uwagę. Zajęłam się nawiązywaniem przyjaźni z dziewczynkami, miałam też innego kolegę, który zrywał mi kwiatki i regularnie odprowadzał do domu po lekcjach. Lata mijały, a mój kontakt z zielonookim był sporadyczny. Pojawiał się w zabawach i szkolnym życiu, jednak chwilowo nie stanowił obiektu westchnień - na szczęście miałam ciekawsze zajęcia. Do czasu....

Klasa szósta okazała się przełomem. Zielonooki często chorował, a że mieszkaliśmy na tej samej ulicy przychodził do mnie po lekcje. Zaprzyjaźniliśmy się. Szalenie podobało mi się jego poczucie humoru - złośliwe, sarkastyczne i jednocześnie inteligentne. Świetnie bawiłam się w jego towarzystwie, nigdy mnie nie nudził. Imponował mi tym, że miał lepsze stopnie. Najbardziej pociągające dla mnie było jednak to, że diametralnie różnił się od pozostałych chłopców w klasie. Zielonooki był dzieckiem z tzw. "dobrego domu", "na poziomie". Nie przeklinał, nie bekał, nie puszczał bąków, nie poklepywał dziewczyn po tyłku, jak to jego koledzy mieli w zwyczaju, jednym słowem wyrastał ponad szerzące się w mojej klasie prostactwo. Z biegiem czasu, właśnie przez to, że świetnie się uczył, stał się obiektem zazdrości tępionym przez innych chłopców. Ja, mimo, że bardzo chciałam być popularna i lubiana, a kontakty z nim szkodziły mojej reputacji, miałam to głęboko w dupie. Zapatrzyłam się w niego jak w święty obrazek. Chciałam wciąż przebywać w jego towarzystwie, a gdy rozmawiał z innymi dziewczynkami byłam smutna i zła. Miałam pecha, gdyż jemu przez całą podstawówkę podobała się wspomniana wcześniej mała miss, o czym otwarcie i bez krępacji mnie informował. W końcu byłam jego przyjaciółką, więc czemu nie miałby być szczery? Z tego, że sprawia mi tymi słowami niesamowitą przykrość, chyba nie zdawał sobie wówczas sprawy.

Wola walki, jaką wtedy jeszcze w sobie miałam, oraz przekonanie, że jestem wartościowa i mogę się podobać płci przeciwnej, powodowały, że walczyłam o jego uwagę jak lew. Powiedziałam sobie "ten, albo żaden inny" i stopniowo zaczęłam realizować plan podbicia jego serca. Starałam się nie zalecać do niego zbyt otwarcie - na to byłam za dumna. Kombinowałam jednak jak tylko mogłam. Na szkolnej dyskotece zamieniałam kotyliony, tak, żebyśmy musieli razem zatańczyć. Siedziałam za nim w ławce po to, by sprawnie przebiegała między nami komunikacja, często wysyłanych przeze mnie liścików. Namawiałam go, żeby brał ze mną udział w szkolnych przedstawieniach, wtedy po szkole, na próbach, też mogliśmy przebywać razem. Załatwiałam z nauczycielami jak najczęstsze dyskoteki klasowe - wiadomo tam gdzie ciemno i można się przytulać szanse na płomienne uczucie wzrastają. Kiedy sama stałam się obiektem westchnień innego kolegi z klasy, stwierdziłam, że świetnym pomysłem będzie wzbudzanie w zielonookim zazdrości. Mój adorator w błogiej nieświadomości pisał mi listy miłosne, a ja oczywiście chwaliłam się nimi najlepszemu przyjacielowi. Pobiłam samą siebie, kiedy wymyśliłam występ zespołu Spice Girls. Przed całą szkołą, jako jedna ze spicetek, wiłam się w wydekoltowanej, kusej kiecce, na kolanach swojego adoratora od listów, ściągając mu krawat i rozpinając koszule - tak, wszystko to sama wymyśliłam!!! Nauczycielki były lekko zgorszone, pół podstawówki pękało ze śmiechu, a  w zielonookim coś drgnęło. "Było warto" - pomyślałam. 
Jakiś czas po występie zaproponował mi, że nauczy mnie jak się całować. Początkowo byłam wniebowzięta, jednak, gdy usłyszałam, że to ma być pocałunek "na języczki" mało nie zemdlałam. I tak kolejne pół roku on usiłował mnie pocałować, a ja uciekałam, gdzie pieprz rośnie. Naturalnie bardzo tego chciałam, ale byłam zbyt wstydliwa. Jego to wyraźnie zachęcało, a mi wzrok wysiadał od wiecznego wertowania po nocach "Sztuki pocałunku" nie pamiętam już czyjego autorstwa . W między czasie jakiś tydzień byliśmy parą, później znowu przyjaciółmi. Czas leciał.....

W ósmej klasie wreszcie się stało. Doświadczyłam pierwszego prawdziwego pocałunku. Zielonooki rzeczowo podszedł do sprawy. Pocałował mnie tylko po to, żeby wyprzedzić mojego kilkudniowego nowego chłopaka - tego od kwiatków z dzieciństwa. Chciał być pierwszy o czym oczywiście nie omieszkał mnie poinformować. On podszedł do sprawy bardzo technicznie, dla mnie to był dowód miłości. Sam pocałunek nie był wcale jakiś super przyjemny, tym bardziej, że zielonooki nosił aparat na zęby.... Nie zraziło mnie to ani trochę... Moje uczucie było bardziej platoniczne.
Z czasem zaczęłam o nim marzyć w inny sposób. Pragnęłam jego dotyku, bardziej interesował mnie również fizycznie. On zaczął się zmieniać. Pojawił się lekki, przyjemnie drapiący zarost, dłuższa grzywka opadająca na oczy, seksowne markowe ciuchy i przede wszystkim piękne męskie perfumy, których zapach czuję po dziś dzień. Zielonooki dbał o siebie bardziej niż ja. Był coraz przystojniejszy, a gdy na bierzmowaniu pojawił się, jako jedyny z chłopców, w beżowym garniturze, wyglądał wręcz bajecznie. Jak zwykle wyróżniał się z tłumu, a ja mogłabym wtedy, w tym kościele, zostać na wieczność i  wpatrywać się w niego godzinami. 

Byłam za młoda, żeby dostrzec, że mój ideał ma w łazience więcej kosmetyków ode mnie, a gazety z nagimi chłopcami, które pokazuje mi w tajemnicy przed swoimi rodzicami są trochę podejrzane. Nie wydawało mi się niczym dziwnym,że zbyt często przebywa w damskim towarzystwie, choć niepokoiło mnie nieco, że ocenia naszego klasowego zawadiakę jako "bardzo przystojnego" i oferuje mu bezinteresowną pomoc w lekcjach, mimo, że nigdy nie byli nawet kolegami. Może nie chciałam niczego widzieć.... 

Po podstawówce każde z nas poszło do innego liceum i spotykaliśmy się już coraz rzadziej. Szalenie mi go brakowało. Marzyłam o nim dniami i nocami, w końcu przecież "tylko on, żaden inny". Miałam 15 lat i  w mojej głowie pojawił się nowy pomysł. Nowe pragnienie.
Tego wieczoru matka poszła na nocny dyżur do pracy. Byłam sama w domu. W dzień wysprzątałam mieszkanie, kupiłam szampana i lodowy torcik. Ubrałam się ładnie, wyperfumowałam. Założyłam nowiuteńki koronkowy staniczek marki Triumph - miałam go już na co założyć. Zaprosiłam go. Jakiś czas rozmawialiśmy, on opowiadał o tym jakich to nie ma "zajebistych lasek" w nowej klasie, oraz o KOLEDZE z którym całował się podczas wakacji! Pachniał pięknie jak zawsze. Leżeliśmy obok siebie na łóżku. Nie wiem czemu wtedy rozsądek nie powiedział mi "przestań, zatrzymaj się!". Przysunęłam się do niego i ściągnęłam bluzkę. "Cnotka niewydymka", którą zawstydzał zwykły pocałunek, odważyła się pokazać nowy koronkowy staniczek marki Triumph i zainicjować swój pierwszy w życiu seks. Zielonooki wtedy.... wybuchnął głośnym śmiechem. Niewidzialna ręka zdzieliła mnie mocno w twarz. Usiadłam, ubrałam się i zaczęłam modlić w duchu, żeby się przy nim tylko nie rozpłakać. Zachować resztki godności. On również usiadł i powiedział "Ty się przy mnie zmarnujesz, daj spokój, znajdź sobie kogoś lepszego". Cały czas się uśmiechał. Potem próbował jeszcze o czymś ze mną rozmawiać, ale ja nie słyszałam już jego słów. Siedziałam jak skamieniała i powtarzałam w duchu "tylko się nie rozpłacz, tylko się nie rozpłacz, tylko się nie rozpłacz!!!". Później wyszedł. 

To był koniec. Tamtej nocy umarła we mnie wola walki, a poczucie własnej wartości sięgnęło dna. Tamtej nocy wypaliłam swoją pierwszą paczkę papierosów, których gorzki smak zmieszał się ze smakiem słonych łez................





sobota, 12 września 2015

Wzloty i upadki




WHITNEY HOUSTON "SZUKAM CIĘ"
Kiedy kładę się
Niebiosa teraz słyszą mnie
Zgubiłam się bez jakiejkolwiek przyczyny
Po oddaniu tego wszystkiego, co należało do mnie.


Przyszły burze śnieżne
I zaciemniły moje słońce
Po wszystkim tym, przez co przeszłam
Do kogo teraz mam się zwrócić? 

Szukam Cię
Szukam Cię
Gdy straciłam całą swoją siłę
To odnajduję ją teraz w Tobie.
Szukam Cię
Szukam Cię
Kiedy melodia się urwie
W Tobie odnajdę tę piosenkę
Szukam Cię.

Prawie tracę oddech
Nie ma już o co walczyć
Tonę, by już nie wzbić się ponad powierzchnię
Szukam otwartych drzwi

I każda droga, którą obrałam
Prowadzi do tego, że czegoś żałuję
I nie wiem czy mi się uda
Nie mogę zrobić nic prócz podniesienia głowy do góry

Szukam Cię
Szukam Cię
Gdy straciłam całą swoją siłę
To odnajduję ją teraz w Tobie.
Szukam Cię
Szukam Cię
Kiedy melodia się urwie
W Tobie odnajdę tę piosenkę


Moje bariery zostały złamane
Moje ściany zostały zniszczone
Waląc się na mnie

Pada deszcz 
Klęska nadchodzi
Potrzebuję Cię, byś mnie uwolnił

Zabierz mnie z dala od tej walki
Potrzebuję Cię
Niech pada na mnie Twój blask

Szukam Cię
Szukam Cię
Gdy straciłam całą swoją siłę
To odnajduję ją teraz w Tobie.
Szukam Cię
Szukam Cię
Kiedy melodia się urwie
W Tobie odnajdę tę piosenkę
Szukam Cię.


Witam Was,
nie wiem właściwie do kogo piszę, gdyż mało kto tutaj zagląda. Czy wymyślanie sobie odbiorców własnych wypocin zakrawa już na schizofrenię?. Jeśli tak to moja choroba staje się coraz barwniejsza....Super.....

Wiecie co?
Zaczynam mieć chyba ten cały optymizm głęboko w dupie! Blog w założeniu miał pomagać osobom chorującym na depresję, ale chyba nie spełni tego zadania, jeśli pisząca go osoba wciąż czuje, że znajduje się w "czarnej dupie".

Czasami zastanawiam się jakby wyglądało moje życie, gdybym widziała sens w tym co robię. Sens w chodzeniu na wolontariat, gdzie czuję się niepotrzebna i nieważna, sens w spotykaniu się z ludźmi z netu w poszukiwaniu przyjaciół - cokolwiek znaczy to słowo - a nawet sens w pisaniu tego cholernego bloga, którego prawie nikt nie czyta. Jakby to było obudzić się i powiedzieć sobie "wstawaj dziś masz dużo do zrobienia, ruszaj się czas goni, tyle zajęć przed tobą". Byłoby przyjemnie....Kiedyś kiedy jeszcze chodziłam do szkoły takie właśnie miałam poranki. Zaczynam zapominać już jak to jest mieć ten "skarb" w postaci poczucia sensu życia.

Miałam kolejny "zejściowy" tydzień a właściwie dalej mam, bo nie wiadomo czy jutro wstanę w ogóle z łóżka. Jak to zwykle w depresji bywa w nocy czuję się trochę lepiej. Mogę napisać te parę zdań. Jak się zaczęło?

Robię wolontariat w jednym z domów pomocy społecznej dla osób starszych. Prowadzę z pensjonariuszami terapię zajęciową - malujemy, wycinamy ogólnie zajęcia plastyczne. Już się trochę oswoiłam z tym miejscem, zapamiętałam parę imion, przeprowadziłam parę zajęć. Zaczynało być naprawdę fajnie. Kierowniczka zawołała mnie do siebie i powiedziała mi, że dostanę grupę 5 osób z otępieniem, która w ten dzień, gdy ja jestem wcale nie musi przychodzić do placówki. No tak od dni w których seniorzy muszą przychodzić są pracownicy, którym dodatkowo za zajęcia się płaci, a od dni tzw awaryjnych - a może komuś będzie się chciało ruszyć tyłek - jestem JA światowej klasy terapeuta zajęciowy pracujący za darmoszkę.

Taka poczułam się zajebiście doceniona po tej rozmowie, że dostałam jakiegoś ataku w drodze do domu - ponoć paniki. Nie mogłam ruszyć ręką było mi bardzo słabo,ciemno przed oczami, ledwo doszłam do domu. Potem nawrzeszczała na mnie matka, więc dostałam ataku agresji - poszedł w ruch widelec i torba podróżna oraz jakieś tam ciuchy. Następnie matka powiedziała, że mnie wyrzuci z domu i do śmierci się do mnie nie odezwie. Tego jak się poczułam cholernie nieważna po rozmowie z kierowniczką nie zrozumiała - oczywiście jak większości moich uczuć.

Potem był już tylko stan totalnej rozpaczy, brania podwójnych dawek Xanaxu i Nasenu i otępianie się ile wlezie by jak najwięcej spać. W chwili nieco wzmożonej aktywności, oczywiście w nocy, postanowiłam poszukać w necie nazw leków, które po przedawkowaniu wywołują atak serca bądź w miarę szybki zgon. Zaczęłam planować oddalenie się z tego świata - jak zwykle zabrakło mi odwagi. Następny dzień sama w domu już szykowałam się do wypicia alkoholu i połknięcia opakowania tabletek nasennych. W tle, dla podrasowania atmosfery, puściłam sobie piosenkę Whitney Houston, którą śpiewa do Boga - jedna z jej ostatnich - piękna, idealna na wieczny sen.
W końcu zaniepokojona wizją, że mogą mnie odratować i trafię do psychiatryka a wcześniej zrobią mi płukanie żołądka, zadzwoniłam z rykiem do matki i napisałam do swojego terapeuty, aby umówić się na spotkanie.

Na terapii zrobiłam z siebie żenującą ofiarę losu, a samo spotkanie nie dało rady wyrwać mnie z koszmarnego doła w jakim byłam. Później to już tylko sen, zjedzenie czegoś , sen. Dziś miałam iść z matką na saunę wypocić całe to gówno, którego się nażarłam przez ostatnie dni, ale nie dałam rady. Przed oczami robiło mi się ciemno, byłam bardzo słaba a zmuszenie się do wykonania jakiejkolwiek czynności typu ubranie się przyprawiało mnie o płacz i mdłości.

Opisałam to żebyście wiedzieli jak żyje się z depresją kiedy jest upadek. Z doświadczenia wiem że są też i wzloty, tylko tak trudno je sobie przypomnieć będąc w takim stanie.


środa, 5 sierpnia 2015

Jedna gwiazda


No i stało się.
Depresja wróciła, czuję się tak okropnie, że mam ochotę wyć. Leżę w ciemnym pokoju,brzęczy włączony telewizor patrzę na jedną jedyną gwiazdę migoczącą na niebie za firanką i myślę sobie:" Chcę ze sobą skończyć, jestem taka zmęczona, Boże pozwól mi to skończyć".

Wspominam dobre chwile jakie przyniósł mi los, chwile gdy mogłam zakosztować NORMALNEGO życia, kiedy miałam swoją ukochaną pracę, gdy otaczali mnie ludzie.
Wspominam swoją pracownię plastyczną - zwykłą klitkę z odrapanymi ścianami, którą dyrektorka w jednej z instytucji w których pracowałam pozwoliła mi urządzić. Dla kogoś obcego to "takie nic" - dla mnie to był cały świat.

Wspominam dzieci z którymi pracowałam w innym miejscu, życie jakie tętniło we mnie gdy byłam wśród nich. Czułam się wtedy komuś naprawdę potrzebna.

Wspominam chorych psychicznie ludzi z którymi los pozwolił mi popracować tylko trzy miesiące. Lepszych ludzi nigdy nie spotkałam. Staje mi przed oczami twarz jednej kobiety. Miała na imię Ela i jakieś sześćdziesiąt lat. Na początku w ogóle nie mogłam zrozumieć co mówi taka ta jej mowa była niewyraźna. Ela - upośledzona w stopniu umiarkowanym pensjonariuszka domu pomocy- miała dobrą, kochaną twarz a gdy się uśmiechała ciepło robiło się człowiekowi na sercu. Lubiła bliskość drugiego człowieka, lubiła się do MNIE przytulać. I widzę tą twarz,tą szczerą pomarszczoną twarz i myślę "Może nie żyjesz już Elu przyjdź po mnie bo jestem taka zmęczona.  Pójdziemy razem".

Od roku nie mogę znaleźć pracy. Mam studia wyższe i dwie podyplomówki a teraz przyjdzie mi zaczynać wolontariat bo pracy dla mnie nie ma a do sklepu na kasę nie pójdę - zwyczajnie nie dałabym rady. Wiecie co, mam 31 lat ale chyba nie mam już siły. Marzę żeby odejść i trafić do "swojego nieba" gdzie są ze mną ci których spotkałam gdy przez chwilę byłam szczęśliwa. Siedzimy w odrapanej pracowni i malujemy. Będąc tam wiem, że już nic złego mnie nie spotka, ani bezrobocie, ani depresja, źli ludzie nie przyjdą i nie wyrządzą mi krzywdy. Nic się nie stanie bo w moim niebie jestem bezpieczna Już na zawsze...... Zaraz potem myślę "wejdź na parapet i skocz a będziesz w swoim niebie. Tylko się odważ!". Mam poczucie że to co dobre już mnie spotkało i nie warto już na nic więcej czekać bo limit mojego szczęścia się wyczerpał. Nikt nie potrafi mi pomóc, jestem sama...Czy kiedy to przeczytasz podasz mi dłoń?...