Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poczucie własnej wartości. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poczucie własnej wartości. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 sierpnia 2016

Ciąża spożywcza


Jest słonecznie i bardzo gorąco. Ulicą jednego z większych w Polsce miast dumnie kroczy drobna, powabna blondynka. Ubrana w mini spódniczkę a'la Shakira i wydekoltowaną bluzkę z pantercim wzorem przyciąga uwagę prawie każdego osobnika płci męskiej, w ramieniu kilku kilometrów. Blondynka nosi rozmiar 34, w porywach 36, dzięki czemu może założyć na siebie każdy dostępny w sklepach ciuch. To, w co się przywdzieje, koniecznie musi być modne i na czasie... i tak... koniecznie jak najkrótsze! Toż niedawno stała się kobietą, więc należy uwodzić i kusić samców ile wlezie! Stopy blondynki zdobią piękne, wysokie, czarne szpileczki, w których niedawno, po paru drobnych wypadkach, nauczyła się chodzić. Stawia w nich starannie małe kroczki omijając wszelkie wyboje, wertepy i liczne psie kupy. Koleżanki zazdroszczą blondynce jej dopracowanego wyglądu, myślą "pewnie jest ona z siebie bardzo zadowolona!". Prawda jest zgoła odmienna... Dumna blond lala na obcasach uważa, że jest za gruba i za niska, przez co nigdy nie zostanie modelką. Idąc ulicą, zamiast cieszyć się spacerem, myśli tylko o tym, aby posadzić tyłek na jakiejkolwiek, dostępnej w pobliżu ławce... Jest leniwa? Nie... po prostu stopy jej już odpadają od tych pięknych, czarnych, przeklętych butów na obcasie! Co chwila poprawia włosy, sprawdza czy nie zabrudziła karminową szminką zębów, wciąga brzuch, bo przed sekundą w odbiciu wystawy wydawał jej się zbyt wypukły oraz zachodzi w głowę czemu do diabła piąty koleś, którego minęła po drodze, nie zwrócił na nią większej uwagi. Taaak pewnie był gejem... chociaż nie, wyglądał na hetero! No tak, jest brzydka i gruba, to wszystko wyjaśnia!

Tak moi drodzy to ja jakieś 15 lat temu... Gdybym nie widziała swoich zdjęć z tamtego okresu nie uwierzyłabym, że byłam blond laską! Wtedy uważałam się za co najwyżej przeciętną grubaskę, dziś dałabym się posiekać, by znów  tak wyglądać! Nigdy nie byłam zadowolona ze swojego odbicia w lustrze... Nigdy nie potrafiłam się nim cieszyć!

Obecnie noszę rozmiar 40... No dobra, bez ściemy zdarza się i 42... Najgorszy nie jest sam rozmiar, ale sylwetka, która stawia mnie w czołówce... oczekujących na rychłe rozwiązanie, młodych matek. Co wnikliwsi czytelnicy mojego bloga pomyślą pewnie, że jak zwykle przesadzam, przemawia przeze mnie depresja, nerwica, czy co tam mam i nie ma się czym niepokoić... Otóż uważam, że kiedy ludzie ustępują mi miejsca w tramwaju mimo, że jestem trzeźwa, a dawno niewidziana sąsiadka z zapałem wciska mi ciuszki dla "mającego niedługo przyjść na świat maleństwa"... coś jest na rzeczy...

Ze swoim "brzusiem pimpusiem" zmagam się już z dobre 10 lat. Przeszłam już chyba każdy etap. Najpierw katowałam się zupą kapuścianą i innymi cud dietami, które albo powodowały wymioty albo sraczkę albo omdlenia albo wszystko naraz... Później odwiedziłam dwóch dietetyków za ponad tysiaka, którzy mieli mnie wyleczyć nie tylko z nadwagi ale i z idącej z nią w parze depresji. Nie schudłam zbytnio, ale dowiedziałam się, że egzystencja podporządkowana nieustannemu sterczeniu przy garach nie jest zbyt pociągająca, obdarowanie kogoś listą tego co może danego dnia włożyć do ust zaś, może doprowadzić tę osobę do stanów lękowych i całkiem sporego doła!  Biegałam na siłownię, pływałam. Zakupiłam rowerek, ławeczkę do wyciskania brzuszków, steper i dwa inne przyrządy, które w telezakupach Mango prezentowały się nieco bardziej imponująco niż w realu. Były też żele rozgrzewające, balsamy ujędrniające, stymulator mięśni na baterię, pas wyszczuplający, a gdy zaczęłam pracować i było mnie stać, zabiegi ultradźwiękami po sto złotych każdy... Kiedy depresja powaliła mnie do tego stopnia, że modliłam się o siłę by dojść do toalety... skapitulowałam! Miałam gdzieś to jak wyglądam! Do czasu... Nadmierne dawki antydepresantów po około 2 miesiącach zażywania sprawiły, że nagle pokochałam swoje ciało! Zaczęłam oglądać zdjęcia modelek XXL i zażerać się ukochanym ciastem z cukierni na rogu... Wmawiałam sobie, że czasy się zmieniły i nadeszła era kobiet krągłych... Rozmiar podskoczył mi powyżej 42, ilość dostępnej w sklepach odzieży się skurczyła, a ja miałam problem z zawiązaniem własnego obuwia! 

Dziś zażywam już mniej antydepresantów... Dziś zupełnie trzeźwo i obiektywnie moi drodzy... przypominam kobietę w siódmym miesiącu ciąży...
I tu dochodzimy do sedna. Zdaję sobie sprawę z tego jak wyglądam i o dziwo nie mam z tego powodu ochoty skoczyć z mostu! Wiem, że nie jestem już blond laską w panterce... Nie pogardzam sobą, ale i nie gloryfikuję swych bujnych kształtów. Bardzo długo miałam problem z akceptacją swojego ciążowego brzucha. Dość brutalnie komentowała moją sylwetkę młodzież z patologicznych rodzin z którą dane mi było pracować. Nagminnie nabijały się z niej dzieci, których byłam wychowawcą. Zauważyłam jednak pewną prawidłowość. Kiedy pogodziłam się z tym jak wyglądam i nauczyłam mówić o tym otwarcie WSZYSTKIE PRZYTYKI ustały. Do tej pory myślałam, że to tylko psychologiczny trik, którym karmią nas autorzy mądrych książek. Nieprawda!!! 

Ostatnio miałam kłopot... Denerwowały mnie seniorki, które wciąż pytały skąd mam taki brzuch i licytowały się który to miesiąc ciąży. Raz to olałam, drugi raz również, za piątym postanowiłam działać! Na zebraniu społeczności przy wszystkich pracownikach i mieszkańcach domu opieki powiedziałam uroczystym głosem:
"Słuchajcie moi drodzy. Chciałabym zdementować pogłoski jakobym była w ciąży! Mój brzuch jest wynikiem tego, że prawdopodobnie jem za dużo. Lubię sobie zjeść! To nie jest żadna ciąża, a jeśli już... to CIĄŻA SPOŻYWCZA! Kiedy będę spodziewała się potomstwa wszystkich was o tym niezwłocznie poinformuję!".
Od tamtej pory nie usłyszałam ani jednego komentarza na temat mojej dość oryginalnej figury, miny zgromadzonych na zebraniu zaś... bezcenne!!! 

Wiem, że mogę wyglądać lepiej i powinnam mniej jeść tego cholernego ciasta z cukierni na rogu... Wiem też, że sam wygląd nikogo jeszcze nie uszczęśliwił... i choć ostatnio staram się nie obżerać, staram się również akceptować swoje ułomności. Nie zawsze mi to wychodzi, ale próbuję sobie wbić do tego wcale nie takiego durnego łba, że nie jestem i nigdy nie będę idealna.
Historyjka z ciążą spożywczą powyżej jest bardzo pouczająca. Pokazuje bowiem, że choć nie zawsze piękni i nieskazitelni dzięki dystansowi do siebie jesteśmy w stanie odeprzeć ataki mniej życzliwych nam jednostek. Świetną bronią i tarczą może być zwykłe poczucie humoru... i obyśmy mieli go jak najwięcej!!!

wtorek, 2 lutego 2016

Małe cuda


Wyobraź sobie małą, ciasną salkę zastawioną stołami i krzesłami na których siedzą starsze, zagubione osoby. 
Ludzie z łagodnym i umiarkowanym otępieniem, chorobą Alzheimera, którzy mają niewielkie pojęcie w temacie używania kleju, pędzli, farb i pozostałych przyborów plastycznych wszelkiej maści. Każdy się denerwuje. Temu brakuje farby, komuś innemu kleju, tamten zgubił pędzel, a jeszcze ktoś inny upuścił z impetem nożyczki w takie miejsce, z którego trudno będzie je wydobyć. W sali znajdują się też trzy studentki. Zamiast pomagać podopiecznym rozsiadły się wygodnie i czekają, aż prowadzący im również poda wszystkie przedmioty niezbędne do pracy! Jedna z nich to delikatna, wysublimowana blondynka, której już za samą autoprezentację ma się ochotę wsadzić nożyczki w dupę....

Spory tłum jak dla was? Dla mnie też.... To ja jestem prowadzącym.... Stoję na środku i pieprzę jakieś bzdury o tym co po kolei zrobić, aby nieszczęsny bałwanek, którego robimy, pozostał bałwankiem, a nie stał się na przykład wielkanocnym zającem....
Wiecie, zapomniałam wspomnieć, że w sali jest jeszcze trzech panów z kamerami i pan dźwiękowiec, który przykłada mi do twarzy mikrofon na długim statywie i czeka, aż powiem coś mądrego. Nienawidzę tłoku i ekspozycji społecznej, na którą bądź co bądź wyraziłam zgodę podpisując umowę zlecenie!

Konfrontuję się z własnym lękiem. Wewnątrz krzyczę "zabierzcie mnie stąd", na zewnątrz jestem uśmiechnięta, usłużna. Atmosfera w sali panuje fatalna, ludzie pod okiem kamery stresują się, nie chcą pracować. Zaczynają wychodzić z sali. Zbieram ich wszystkich w salonie i wciąż pod okiem kamer staram się nawiązać z nimi kontakt. Pytam, co chcieliby robić na zajęciach plastycznych, co dziś im się nie spodobało, gadam jak najęta. Wokół mnie cisza.... każdy w swoim świecie, w końcu stwierdzają, że było ok. Ja zaś wiem, że było okropnie, czuję, że kolejną rzecz w swoim życiu spieprzyłam....

Zajęło mi trochę czasu przeciwstawienie się kolejnym negatywnym, destrukcyjnym myślom, które podsuwa mi moja zaburzona psychika. Pomogła mi terapeutka i kierowniczka, do której prawie z płaczem zadzwoniłam do Austrii. Już chciałam rezygnować z zajęć....

Zobaczcie, ile osiągnęłam prowadząc te zajęcia. 
Przede wszystkim dałam radę wyjść z domu do ludzi. Dałam radę opanować dużą grupę chorych osób plus trzy niezbyt zdrowe na umyśle studentki. Dałam radę stojąc na środku zatłoczonej sali mówić o czymś czego inni słuchali. Po pewnym czasie przestałam nawet zauważać te kamery. Nie uciekłam, nie zemdlałam, nie dostałam zawału. Dałam radę!!!! Ja, osoba z podejrzeniem fobii społecznej, która parę lat temu nie mogła sama zrobić zakupów. Ja, która parę lat temu nie umiałam skorzystać z rozkładu jazdy autobusów. Ja, która zamknęłam się w domu i siedząc w ciemnościach marzyłam, żeby umrzeć....
Niedawno dostałam telefon: "Słuchaj jesteśmy z drugą koordynatorką projektu chore, możesz nas zastąpić przez dwa dni? Powierzyłybyśmy to Karolinie, ale ty wydaje mi się masz więcej charyzmy".
Zatkało mnie, ale przyjęłam propozycję. Podczas zastępstwa byłam trochę nadgorliwa i zestresowana, ale nic złego się nie stało. Wszyscy przeżyli..... Dałam radę!!!!

Jeśli siedzisz teraz w ciemnym pokoju i myślisz o tym jak odebrać sobie życie, przeczytaj mój post jeszcze raz i uwierz, że zwykłym szarym ludziom takim jak ty czy ja też zdarzają się małe cuda. I pamiętaj, że póki żyjesz wszystko jeszcze jest możliwe......


wtorek, 22 grudnia 2015

"Zawsze tam gdzie Ty" cz.3


Miłości nie definiują romantyczne randki, bukiety kwiatów, czułe słówka czy najlepszy pod słońcem seks. Prawdziwe uczucie jest wtedy, gdy potrafisz z drugą osobą dzielić smutki i radości. Gdy umiecie razem trwać, mimo szarości dnia codziennego. Gdy troszczysz się o kogoś bardziej, niż o samego siebie.
On kiedyś mnie kochał. 
Kochał mnie, gdy na gwiazdkę rezygnował z ciepłego swetra, po to by, za zaoszczędzone w ten sposób pieniądze, kupić mi prezent. 
Kochał, gdy każdy, wyrwany w bólach od rodziców grosz, wydawał na moje papierosy. 
Kochał, gdy po tym, jak uciekałam z domu, po kolejnej awanturze z matką, szukał mnie godzinami po parkach.
Kochał, gdy znosił moje fochy i humory.
Kochał też, gdy prawie całkowicie zerwał swoje kontakty z rodzicami, przez to, że mnie nie akceptowali.
Ja też go kochałam. 
Kochałam, kiedy nie przelewało się u nas w domu i rezygnowałam z części swojego obiadu po to, żeby on był syty. 
Kochałam, gdy namawiałam matkę na kupienie mu ciepłej kurtki na zimę, bo widziałam, że marznie. 
Kochałam, gdy nocami zwijał się z bólu nieleczonych z tchórzostwa zębów. 
I wtedy, gdy siedziałam z nim u dentysty, dodając otuchy jak małemu chłopcu, też go kochałam. 

Przetrwaliśmy wiele. Koniec liceum, jego kolejne nieudane prace, brak pieniędzy, moje beznadziejne studia.
Dwie rzeczy jednak stopniowo zabijały nasz związek.
Pierwsza to nieudany seks. Choćby wesołek nie wiem jak się starał i jakich konfiguracji miłosnych nie wymyślił, nasze igraszki nie sprawiały mi zbyt wiele przyjemności. Ja marzyłam o silnym brutalu w typie macho, on o dzikiej amazonce, przejmującej w łóżku prawie całą inicjatywę. Żadne z nas nie umiało sprostać wymaganiom drugiej strony.....Nic nie dawały erotyczne filmy, zabawki z sexshopu czy wyciąg z hiszpańskiej muchy. Kompletnie nie pasowaliśmy do siebie w łóżku.
Drugą rzeczą była RUTYNA. Zamiast wychodzić do ludzi, my siedzieliśmy w domu przed komputerem jak emeryci. Wesołek do dziś twierdzi, że z mojej winy. Cóż, kiedy miałam do wyboru pójście do baru lub klubu z naszymi fałszywymi znajomymi z liceum, faktycznie wolałam domowe zacisze. Granie w gry różnego rodzaju było naszą pasją i ulubionym sposobem spędzania wolnego czasu. Kupowaliśmy sobie tony słodyczy, i opychając się nimi, godzinami rozgrywaliśmy bitwy herosów. Było to jedno z moich ukochanych zajęć. 10 lat takiego relaksu to było jednak za długo......
Stopniowo nuda, jaka nas ogarniała stawała się coraz bardziej dojmująca. Mówiłam wesołkowi: "proszę Cię zróbmy coś, zanim będzie za późno! Nasz związek się sypie. Zobacz, nie jesteśmy już tacy jak kiedyś!!!". On nie słuchał. Przychodził do mnie do domu tylko po to, żeby całymi dniami wgapiać się w telewizor. Osoba, którą kiedyś bardzo obchodziłam i której zwierzałam się ze wszystkiego, co mnie boli i cieszy, powoli przestawała istnieć....

Z czasem zaczęłam dostrzegać jak bardzo, mimo swojego wybuchowego charakteru, ja dałam się wesołkowi podporządkować i od niego uzależnić. Wiecznie musiałam nosić spódniczki mini, infantylne blond loczki i znienawidzone wysokie obcasy. Byłam sztuczną laską na każde skinienie, łechtającą jego męskie ego.
Kiedy wychodziliśmy gdzieś, z reguły było to centrum handlowe, musiałam zawsze iść za rączkę tam, gdzie on mnie poprowadził. Nie wolno mi było być zbyt spontaniczną. Nie wypadało krzyczeć za głośno, śmiać się zbyt perliście, bo co ludzie powiedzą???!!! Od czasów liceum coraz bardziej zaczęła ujawniać się moja nieporadność, nieumiejętność radzenia sobie z prostymi czynnościami w życiu, które z reguły robiła za mnie mama. Wesołek przejął rolę rodzica. Cholernie go dowartościowywało, że może, a nawet nieraz musi, robić różne rzeczy za mnie. Tym razem to on czuł moc. Jego siła mnie stopniowo zabijała. Gasłam. Wiecznie poprawny, dbający o pozory, coraz mniej wrażliwy, odbierał mi spontaniczność i radość życia. Byłam więźniem, a jednocześnie panicznie bałam się samotności. Prócz niego nie miałam nikogo....

Latami znosiłam komentarze typu: "roztyłaś się", "czemu nie masz jaśniejszych włosów", "no jak Ty wyglądasz", "studia skończyłaś tylko dlatego, że ci za nie zapłacili", "szkoda, że w stosunku do innych nie jesteś taka wyszczekana", "nie pracujesz i jesteś pasożytem","nigdy nie zarobiłaś choćby złotówki", "nawet nie umiesz zrobić zakupów" i tak dalej i tym podobne. Tego typu uwagi coraz bardziej niszczyły moje, już i tak poważnie zaniżone, poczucie własnej wartości. Nie pozostawałam mu dłużna i mówiłam wiele przykrych rzeczy. Różnica jednak między nami polegała na tym, że po wesołku większość moich krytycznych uwag spływała jak po kaczce, a ja wszystko brałam do siebie i bardzo przeżywałam.
Wiele razy próbowałam to zakończyć, ale on uparcie wracał i namawiał mnie na jeszcze jedną szansę, kolejną próbę. 

Po jakichś 10 latach moja matka wyprowadziła się do swojego nowego faceta. Zostałam sama. Wesołek wprowadził się do mnie. Wtedy zaczęłam chorować na depresję. On całymi tygodniami był w pracy, czas wolny spędzając samotnie przy komputerze, a ja spałam.... Zrobił sobie ze mnie swoją praczkę, sprzątaczkę i kucharkę. Tylko do tego byłam mu potrzebna. Ja z każdym dniem spadałam coraz niżej, a on miał to gdzieś. Zaczęłam przesypiać całe dnie. Nie mogłam wstać. Pogrążałam się w smutku, a jego nie było przy mnie. Przychodził tylko w jednym celu. Po to, żeby mimo tego, że widział i słyszał, iż nie mam na to ochoty, zaciągnąć mnie do łóżka. Czułam się jak przedmiot. Zmuszałam do seksu myśląc w trakcie "Boże niech to się już wreszcie skończy". Kilka razy płakałam w trakcie. Nawet nie zauważył....
W między czasie poszłam do psychiatry i zaczęłam się leczyć. Nie miałam z kim porozmawiać o swojej chorobie. Wesołek się mnie wstydził. Wstydził się wariata i omijał ten temat szerokim łukiem. Koleżanka Fluoeksetyna po ok. miesiącu zażywania pomogła mi się od niego uwolnić. Spakowałam mu manatki i wypierdoliłam z domu. Rzadko co sprawiło mi w życiu tyle satysfakcji. Po jego wyjściu wpadłam w panikę i histerię. Zostałam sama......Sama w pustym mieszkaniu mając do towarzystwa moje dwa kochane psy rasy kundel i opakowanie Xanaxu.....

Odchorowywałam ten związek jakieś 4 lata. W między czasie, on wiele razy chciał wrócić. Nie uległam. Dałam radę i wiem, że zrobiłam dobrze. Odzwyczaiłam się od kogoś z kim spędziłam prawie połowę swojego życia. Było mi bardzo ciężko......
Dziś mimo, że spotkało mnie tyle bólu i przykrości, nie żałuję tej relacji. Bywały piękne momenty, które zachowałam w pamięci. Dociera jednak do mnie z każdym dniem coraz wyraźniej, że nasz związek to nie była żadna PRAWDZIWA miłość. Dlaczego? Może dlatego, że:

"Miłość cierpliwa jest, 
łaskawa jest. 
Miłość nie zazdrości, 
nie szuka poklasku, 
nie unosi się pychą; 
nie dopuszcza się bezwstydu, 
nie szuka swego, 
nie unosi się gniewem, 
nie pamięta złego; 
nie cieszy się z niesprawiedliwości, 
lecz współweseli się z prawdą. 
Wszystko znosi, 
wszystkiemu wierzy,
we wszystkim pokłada nadzieję, 
WSZYSTKO PRZETRZYMA"          

                                                        

                                                                                                                          
                                                                                                                               KONIEC
i oby ciąg dalszy nie nastąpił 

niedziela, 20 grudnia 2015

"Zawsze tam gdzie Ty" cz.2


Zaczyna dziać się ze mną coś dziwnego. Niepokojące to, aczkolwiek przyjemne. Jestem rozkojarzona na lekcjach, a odrabiając zadania domowe łapię się na tym, że zamiast skupić uwagę na arcyciekawych dziełach Mickiewicza, patrzę tępo w ścianę z lekko głupawym uśmieszkiem. Ogarnia mnie niczym niezmącone szczęście, poczucie mocy. Euforia. Nie, to nie początki choroby psychicznej. To miłość? Tak wygląda miłość? Boże, żeby to nigdy nie minęło! Jaki świat jest piękny i pełen barw. Jakie piękne jest życie! Jak cudownie jest być komuś potrzebnym i dla kogoś ważnym.....

Spędzam z wesołkiem każdą wolną chwilę. Przychodzi do mnie do domu, kiedy matka jest na nocnych dyżurach. Jesteśmy sami. Z reguły siedzimy w ciemnościach i z romantyczną muzyką w tle. Nie możemy się od siebie oderwać. Całujemy się namiętnie po parę godzin, z krótkimi przerwami na złapanie tchu. Początkowo jego bliskość mnie onieśmiela. Stoję na straży swej cnoty, pilnując, żeby jego ręce dotykały jak najmniej wypukłych miejsc na moim ciele. Tosz cnota to największy skarb, jaki może mieć kobieta i należy go strzec! Po jakimś czasie bycie strażnikiem średnio mi wychodzi. Staję się kusicielką. Kręci mnie fakt, że mogę sobie pozwolić na różnego rodzaju pieszczoty, mając gwarancję, że wesołek nie posunie się za daleko. Jestem jego pierwszą "dziewczyną na poważnie" i podobnie jak ja, nigdy nie uprawiał seksu.

Deszczowa sobota. Moje ciasne, puste mieszkanie.
Na okna zakładam koce zamiast zasłon. Musi być jak najciemniej. Całe mieszkanie przystrajam maleńkimi świeczuszkami. Puszczam Whitney Houston. Zakładam wieczorową, sylwestrową kieckę mojej matki. Będzie bosko! Niech robi ze mną co chce! W dupie mam cnotę i przyzwoitość! Przychodzi wesołek. Po wejściu do tonącego w blasku świec pokoiku, stoi ogłupiały i nie wie co powiedzieć. Przytula mnie mocno, trochę tańczymy. Kładziemy się na łóżku. Jest bosko.....
Nie daje mi jednak spokoju ból cholernego zęba, który tak bardzo dokucza od kilku dni. Kurwa mać, no nie teraz! Nie dziś! Jednak dziś....
Cały nastrój szlak trafia. Ten dzień kończy pobyt u znalezionego na gwałtu rety dentysty, potworny ból i moja matka w dzikiej furii opierdalająca nas z góry na dół, podczas zdrapywania wosku z prawie nowych mebli (z dwojga złego nie wiem co gorsze).
Mimo tak fatalnego finału, wesołek kupuje mi w kiosku misia, mocno przytula i naprawdę martwi się moim samopoczuciem. Kocha mnie i nie zależy mu tylko na seksie. Jakie to wspaniałe! Trafiłam na kogoś naprawdę wartościowego........

Po jakichś 3 miesiącach, w sposób całkiem niezaplanowany dochodzi do naszego pierwszego razu. To bardzo ważny dla mnie moment. Drugiego takiego już w życiu nie będzie. Wszystko jest super, dopóki nie dopada mnie kolejny potworny ból, tym razem już nie zęba. Cooo??? To ma być ten wspaniały pierwszy raz, o którym piszą w książkach??!! Te tortury??!!!! Cóż, żeby nie sprawiać wesołkowi przykrości jakoś to wytrzymuję, choć to, że on w trakcie naszych miłosnych uniesień jest nieco niemrawy, wcale mi nie pomaga. Dobra. Nadszedł niby punkt kulminacyjny. To teraz będzie coś przyjemnego. Czekam, aż mnie przytuli i powie, jak to mnie bardzo nie kocha i jaki to ten moment nie jest dla niego doniosły i ważny. Cóż.... Wesołek zachowuje się nieco inaczej. Wstaje z łóżka i idzie do toalety oddać mocz. Następnie bierze łyka stojącej w kuchni herbaty - bo w końcu wykonał kawał ciężkiej fizycznej pracy - i wraca do mnie oświadczając mi z pełnym uśmiechem, że dziś stał się prawdziwym mężczyzną! Myślicie, że doprowadza mnie to do łez. Otóż o dziwo, nie. Wstaję i wściekła jak osa wywalam wesołka z domu. Zrywam naszą znajomość!!!

Zerwanie trwa parę dni, podczas których wesołek z kwiatami przesiaduje pod moimi drzwiami. Wybaczam mu, w końcu widzę przecież, że żałuje. Od tamtego momentu nasz związek jest bardzo burzliwy. Ja robię awantury, a on bezwzględu na to kto zawinił, zawsze pierwszy się godzi. Ja wyrzucam go za drzwi, on pokornie siedzi na korytarzu - zazwyczaj z kolejnymi kwiatami.
Mimo, że w swoim odczuciu kocham wesołka, ogarnia mnie jakieś dziwne poczucie mocy. Wiem, że mogę na niego nawrzeszczeć, a on i tak będzie koczował na tym śmierdzącym korytarzu. Wiem, że co by się nie stało, on ZAWSZE tam będzie!
Wiem, że mnie kocha. Ja też go kocham. Jest jedyną osobą do której mogę się przytulić. Mogłabym leżeć godzinami i tylko się do niego kleić. Tak bardzo mi tego ciepła drugiej osoby w życiu brakowało. Teraz je mam i mogę korzystać do woli! Ten, niegdyś znienawidzony kolega z klasy, jest jedyną osobą, poza moją matką, przy której czuję się naprawdę swobodnie. Mogę się złościć, kląć, rzucać ciężkimi żartami, powiedzieć mu szczerze co o nim myślę. Mogę być sobą! Mimo, że bywam naprawdę okropna! Jakie to cudowne uczucie być po prostu sobą.....

I tak mijają lata. Zrywam z nim z częstotliwością mniej więcej raz na tydzień, ale on zawsze wraca. Powoli staje się nieodzowną częścią mojego życia. Wszystko robimy razem. Kiedy się pokłócimy i nie widzę go parę dni rozpaczam i wpadam w dołek. Jesteśmy parą na przekór jego rodzicom, którzy mnie nie akceptują, i mojej matki, na którą wesołek działa jak płachta na byka. W szkole stanowimy obiekt kpin, żartów i wielu plotek. To wszystko, nie jest w stanie nas rozdzielić.

Pierwsze wakacje w naszym związku spędzam z nim i jego rodzicami nad morzem. Nigdy tam nie byłam. Ogrom spienionej morskiej wody, który nie ma drugiego brzegu....Piękny, niepokojący widok. Bardzo staram się, żeby ten wyjazd był dla wesołka przyjemny, mimo, że nienawidzę jego matki. Pojawia się wtedy w naszej relacji coś czego wcześniej długo nie było. Co to jest? Jedyne co przychodzi mi do głowy to NUDA??? Jesteśmy w takim pięknym miejscu, a on nie ma zbyt wiele do powiedzenia. Jest milczący. Nie zachwyca się, jak ja, napotkanymi widokami. Nie cieszą go kramiki z kolorowymi muszelkami i małe stateczki w butelkach. Różnimy się od siebie - wtedy zaczynam to dostrzegać....
Wieczorem siedzimy na jedynym w moim życiu koncercie. Gra grupa Lady Pank. Siedząc na jego kolanach, przy dźwiękach utworu, który stał się "naszą piosenką"  pytam:
- Kochasz mnie?
- Kocham cię maluszku, przecież to wiesz!
- Na zawsze?
- NA ZAWSZE ...................

ciąg dalszy nastąpi



sobota, 12 grudnia 2015

"Zawsze tam gdzie Ty" cz.1


Zapraszam do kolejnej historii z mojego życia. Z racji tego, że potrwała 11 lat, zmuszona jestem poświęcić jej więcej niż jeden post. Nie miejcie mi tego za złe.

Lato. 
Stoję na korytarzu beznadziejnego liceum, do którego zapisała mnie matka. Jestem zła, nie, właściwie jestem wściekła!. No oczywiście, nie dostałam się tam, gdzie chciałam i teraz zmuszona będę łazić do tej wielkiej, ponurej budy. Patrzę na listę imion i nazwisk wywieszoną na korkowej tablicy. Liczę ilu jest tam chłopców. Raz, dwa, ....osiem. Hmmm, czy wśród nich jest ten jeden jedyny, którego sobie wymarzyłam? Musi być! Czuję, że jest! Nie, niemożliwe. Pewnie to żaden z nich. Nigdy nikt mnie nie pokocha! Zielonooki to jedyna, wielka, niespełniona miłość. Jednak czuję, że on tam jest. Jest w tym spisie, w tych literach. Mam przeczucie.......

Kiedy lepiej poznaję chłopców z mojej klasy, stwierdzam z pełnym przekonaniem, że wizjonerką to ja raczej nie zostanę. Żaden nie wygląda i nie pachnie tak jak zielonooki, z którym, po tragicznym finale moich zalotów, nadal jeszcze się widuję. Żaden nie przypada mi do gustu. Za to jeden osobnik - wkurwia mnie ponad stan!!! Ten chłopak to typ ironicznego wesołka. Jest bardzo pewny siebie i zawsze ma coś złośliwego do powiedzenia. Nie cierpię go!

II klasa liceum. Lekcja znienawidzonego przeze mnie języka francuskiego. 
Wstaję z miną skazańca, trzymając w rękach prawie pustą kartkę z odmianami czasowników, które zna chyba tylko  to stare, nieprzyjemne, skrzeczące babsko przy tablicy. Podchodzę do biurka i ze smutkiem oddaję kartkę. Będzie pała jak nic. Szósta z kolei. Wracam na swoje miejsce. Wtem po klasie rozlega się rechot wesołka. "Jaki kujon, tak szybko sprawdzian oddała. Ha, ha, ha". Wracam się do jego ławki, biorę podręcznik do francuskiego i uderzam nim z impetem w blat. "Sam jesteś kujon debilu". Ja jestem zagrożona i mogę nie zdać, a ten pajac się śmieje. Chce mi się płakać.......

Parę miesięcy później. Lekcja historii. 
"Wysiedzieć się nie da z nudów. Matko, czym by się tu zająć! Wiem! Dopiekę wesołkowi" - myślę. Odwracam się do niego i na ostatniej stronie zeszytu rysuję infantylne serduszka. Pod nimi wpisuję swój numer telefonu z napisem zadzwoń. Koledzy wesołka śmieją się z jego zawstydzenia. Czemu podaję prawdziwy numer ? Nie wiem. A co tam, przecież i tak nie zadzwoni....

Po jakimś czasie dostaję telefon. "No cześć, miałem zadzwonić i co powiesz?". Gdyby ziemia w tym momencie mogła się rozstąpić i mnie pochłonąć....To by mnie pochłonęła. Telefon wesołka zwala mnie z nóg. Zapraszam go do siebie. Już nie pamiętam nawet czemu. Chyba chcę być po prostu miła. W umówionym dniu ogarnia mnie panika. Nie mam odwagi przełożyć spotkania - może dlatego, że przekładałam je już sześć razy - więc nie otwieram wesołkowi drzwi, udając, że nie ma mnie w domu. W ciągu dnia nie odbieram telefonu, a wieczorem spotykam się z zielonookim. Rozmawiamy sobie spokojnie o jego nowym chłopaku i eksperymentach łóżkowych, które zaczął praktykować, aż tu nagle rozlega się głośne walenie do drzwi. Sprawdzam przez wizjer. Na obskurnym korytarzu  stoi wesołek z jakimś kumplem w kapturze. "Nie otwieraj mu, zaraz sobie pójdzie! Co to za typ. Jakiś wariat, żeby się tak dobijać?". Gaszę światło i siedzę z zielonookim dobre 20 minut, a wesołek puka. W końcu dzwoni moja komórka, którą świetnie słychać w całym mieszkaniu. Nie odbieram. Po pięciu minutach dostaję smsa o treści "Słyszałem twój telefon, wiem, że jesteś w domu. Poczekam, aż mnie wpuścisz". Cała w panice, czując się jak żona ukrywająca przed mężem kochanka w szafie, zostawiam w ciemnym pokoju swoją niespełnioną miłość i idę otworzyć drzwi. Zakapturzony kolega okazuje się całkiem sympatyczny, a wesołek wymusza na mnie deklarację kolejnego spotkania. Głupio mi jest po raz setny wystawić go do wiatru, więc spędzam z nim fascynujące parę godzin, patrząc jak gra na kompie w NBA. Po dziesiątym rzucie Michaela Jordana jestem lekko poirytowana, po dwudziestym pojawia się niedowierzanie, po trzydziestym pozostaje mi już tylko czekać, aż śmierć nadejdzie.....  
Tamto spotkanie stanowi jedno z najnudniejszych momentów mojego życia, jednak, ponieważ wesołek nadal chce się widywać, nie umiem odmówić.

Zaczynamy sporo rozmawiać przez telefon. Godzinami....Mamy o czym i o kim z racji tego, że chodzimy do tej samej klasy. Wesołek przy bliższym poznaniu okazuje się całkiem inteligentny i nawet dowcipny. Jest bardzo wysoki, co sprawia, że czuję się przy nim jak mała kobietka. Wyjątkowo szczupły, z płaskim lekkim kaloryferkiem. Dziwnym zbiegiem okoliczności zaczyna ładnie pachnieć. Nie są to drogie perfumy zielonookiego, ale stara się. Pomaga mi dużo w lekcjach. Dzięki niemu nie muszę już wydawać pieniędzy na korepetycje z matmy. Kiedy się wściekam i rzucam książkami, on ze stoickim spokojem je podnosi i dalej rozprawia o liczbach i działaniach.  Jest naprawdę dobry w przedmiotach ścisłych, choć koszmarnie leniwy. Zaczynam go lubić......

Ciemny pokój. W tle płyta Natalii Oreiro.
"Przyniosłem Ci prezent". Żółciutka świeczka w kształcie pomarańczki ląduje w moich dłoniach. Zapalam i trzymam. "Pięknie wyglądasz w tym świetle. Naprawdę ślicznie". Ja się komuś podobam? Ja??!!! Biorę wesołka za rękę i idziemy na spacer do pobliskiego parczku. Jestem bardzo podekscytowana, szczęśliwa. Siadamy na zimnym kamieniu. "Zamknij oczy i wytrzymaj tak przez minutę" - wołam. Zamknął. Przybliżam się i szybko całuję go w usta. Krótko, delikatnie. "To było przyjemne" - woła i bierze mnie na ręce. Czuję się leciutka jak piórko. Jak mała, bezbronna kobietka. Czuję, że komuś na mnie zależy, że jestem coś warta.......


ciąg dalszy nastąpi




sobota, 28 listopada 2015

Pierwiosnek


Kiedy skończyłam pierwszą klasę podstawówki matka przeniosła mnie do nowej szkoły. Może, gdyby tego nie zrobiła, dziś byłabym zupełnie kimś innym? Osobą pewną siebie, przebojową i radzącą sobie świetnie w życiu? Niestety stało się...Ta decyzja spowodowała, że na mojej drodze pojawiła się pierwsza wielka niespełniona miłość. Była to głęboka fascynacja a nawet obsesja, która skutecznie zabiła we mnie wiarę w siebie i spore pokłady woli walki, którymi dysponowałam jeszcze jako dziecko. Zaczęło się dość niewinnie....

Do tej pory pamiętam fragmenty dziecięcego wierszyka o pierwiosnku, którego kazała mi się nauczyć moja nowa wychowawczyni. Mówiąc ten wierszyk pierwszy raz, wśród grupki dzieci stojących pośrodku salki do katechezy, dostrzegłam zielonookiego. Miałam 9 lat i już wiedziałam, że to on zostanie moim mężem. Nie potrafię tego wytłumaczyć, było to doświadczenie wręcz mistyczne, którego nie da się opisać słowami.
Zbieg okoliczności sprawił, że posadzono nas razem w ławce. Próbowałam nawiązać z nim kontakt, jednak on nie zwracał na mnie większej uwagi. Był zajęty brylowaniem w towarzystwie innych popularnych w klasie chłopców. Razem z nimi straszył dziewczynki konikami polnymi, a gdy to go nudziło, był zajęty zalecaniem się do najładniejszej dziewczynki w klasie - małej miss. Po pewnym czasie doszłam do wniosku, że "chłopcy są guuupi" i przestałam zwracać na niego uwagę. Zajęłam się nawiązywaniem przyjaźni z dziewczynkami, miałam też innego kolegę, który zrywał mi kwiatki i regularnie odprowadzał do domu po lekcjach. Lata mijały, a mój kontakt z zielonookim był sporadyczny. Pojawiał się w zabawach i szkolnym życiu, jednak chwilowo nie stanowił obiektu westchnień - na szczęście miałam ciekawsze zajęcia. Do czasu....

Klasa szósta okazała się przełomem. Zielonooki często chorował, a że mieszkaliśmy na tej samej ulicy przychodził do mnie po lekcje. Zaprzyjaźniliśmy się. Szalenie podobało mi się jego poczucie humoru - złośliwe, sarkastyczne i jednocześnie inteligentne. Świetnie bawiłam się w jego towarzystwie, nigdy mnie nie nudził. Imponował mi tym, że miał lepsze stopnie. Najbardziej pociągające dla mnie było jednak to, że diametralnie różnił się od pozostałych chłopców w klasie. Zielonooki był dzieckiem z tzw. "dobrego domu", "na poziomie". Nie przeklinał, nie bekał, nie puszczał bąków, nie poklepywał dziewczyn po tyłku, jak to jego koledzy mieli w zwyczaju, jednym słowem wyrastał ponad szerzące się w mojej klasie prostactwo. Z biegiem czasu, właśnie przez to, że świetnie się uczył, stał się obiektem zazdrości tępionym przez innych chłopców. Ja, mimo, że bardzo chciałam być popularna i lubiana, a kontakty z nim szkodziły mojej reputacji, miałam to głęboko w dupie. Zapatrzyłam się w niego jak w święty obrazek. Chciałam wciąż przebywać w jego towarzystwie, a gdy rozmawiał z innymi dziewczynkami byłam smutna i zła. Miałam pecha, gdyż jemu przez całą podstawówkę podobała się wspomniana wcześniej mała miss, o czym otwarcie i bez krępacji mnie informował. W końcu byłam jego przyjaciółką, więc czemu nie miałby być szczery? Z tego, że sprawia mi tymi słowami niesamowitą przykrość, chyba nie zdawał sobie wówczas sprawy.

Wola walki, jaką wtedy jeszcze w sobie miałam, oraz przekonanie, że jestem wartościowa i mogę się podobać płci przeciwnej, powodowały, że walczyłam o jego uwagę jak lew. Powiedziałam sobie "ten, albo żaden inny" i stopniowo zaczęłam realizować plan podbicia jego serca. Starałam się nie zalecać do niego zbyt otwarcie - na to byłam za dumna. Kombinowałam jednak jak tylko mogłam. Na szkolnej dyskotece zamieniałam kotyliony, tak, żebyśmy musieli razem zatańczyć. Siedziałam za nim w ławce po to, by sprawnie przebiegała między nami komunikacja, często wysyłanych przeze mnie liścików. Namawiałam go, żeby brał ze mną udział w szkolnych przedstawieniach, wtedy po szkole, na próbach, też mogliśmy przebywać razem. Załatwiałam z nauczycielami jak najczęstsze dyskoteki klasowe - wiadomo tam gdzie ciemno i można się przytulać szanse na płomienne uczucie wzrastają. Kiedy sama stałam się obiektem westchnień innego kolegi z klasy, stwierdziłam, że świetnym pomysłem będzie wzbudzanie w zielonookim zazdrości. Mój adorator w błogiej nieświadomości pisał mi listy miłosne, a ja oczywiście chwaliłam się nimi najlepszemu przyjacielowi. Pobiłam samą siebie, kiedy wymyśliłam występ zespołu Spice Girls. Przed całą szkołą, jako jedna ze spicetek, wiłam się w wydekoltowanej, kusej kiecce, na kolanach swojego adoratora od listów, ściągając mu krawat i rozpinając koszule - tak, wszystko to sama wymyśliłam!!! Nauczycielki były lekko zgorszone, pół podstawówki pękało ze śmiechu, a  w zielonookim coś drgnęło. "Było warto" - pomyślałam. 
Jakiś czas po występie zaproponował mi, że nauczy mnie jak się całować. Początkowo byłam wniebowzięta, jednak, gdy usłyszałam, że to ma być pocałunek "na języczki" mało nie zemdlałam. I tak kolejne pół roku on usiłował mnie pocałować, a ja uciekałam, gdzie pieprz rośnie. Naturalnie bardzo tego chciałam, ale byłam zbyt wstydliwa. Jego to wyraźnie zachęcało, a mi wzrok wysiadał od wiecznego wertowania po nocach "Sztuki pocałunku" nie pamiętam już czyjego autorstwa . W między czasie jakiś tydzień byliśmy parą, później znowu przyjaciółmi. Czas leciał.....

W ósmej klasie wreszcie się stało. Doświadczyłam pierwszego prawdziwego pocałunku. Zielonooki rzeczowo podszedł do sprawy. Pocałował mnie tylko po to, żeby wyprzedzić mojego kilkudniowego nowego chłopaka - tego od kwiatków z dzieciństwa. Chciał być pierwszy o czym oczywiście nie omieszkał mnie poinformować. On podszedł do sprawy bardzo technicznie, dla mnie to był dowód miłości. Sam pocałunek nie był wcale jakiś super przyjemny, tym bardziej, że zielonooki nosił aparat na zęby.... Nie zraziło mnie to ani trochę... Moje uczucie było bardziej platoniczne.
Z czasem zaczęłam o nim marzyć w inny sposób. Pragnęłam jego dotyku, bardziej interesował mnie również fizycznie. On zaczął się zmieniać. Pojawił się lekki, przyjemnie drapiący zarost, dłuższa grzywka opadająca na oczy, seksowne markowe ciuchy i przede wszystkim piękne męskie perfumy, których zapach czuję po dziś dzień. Zielonooki dbał o siebie bardziej niż ja. Był coraz przystojniejszy, a gdy na bierzmowaniu pojawił się, jako jedyny z chłopców, w beżowym garniturze, wyglądał wręcz bajecznie. Jak zwykle wyróżniał się z tłumu, a ja mogłabym wtedy, w tym kościele, zostać na wieczność i  wpatrywać się w niego godzinami. 

Byłam za młoda, żeby dostrzec, że mój ideał ma w łazience więcej kosmetyków ode mnie, a gazety z nagimi chłopcami, które pokazuje mi w tajemnicy przed swoimi rodzicami są trochę podejrzane. Nie wydawało mi się niczym dziwnym,że zbyt często przebywa w damskim towarzystwie, choć niepokoiło mnie nieco, że ocenia naszego klasowego zawadiakę jako "bardzo przystojnego" i oferuje mu bezinteresowną pomoc w lekcjach, mimo, że nigdy nie byli nawet kolegami. Może nie chciałam niczego widzieć.... 

Po podstawówce każde z nas poszło do innego liceum i spotykaliśmy się już coraz rzadziej. Szalenie mi go brakowało. Marzyłam o nim dniami i nocami, w końcu przecież "tylko on, żaden inny". Miałam 15 lat i  w mojej głowie pojawił się nowy pomysł. Nowe pragnienie.
Tego wieczoru matka poszła na nocny dyżur do pracy. Byłam sama w domu. W dzień wysprzątałam mieszkanie, kupiłam szampana i lodowy torcik. Ubrałam się ładnie, wyperfumowałam. Założyłam nowiuteńki koronkowy staniczek marki Triumph - miałam go już na co założyć. Zaprosiłam go. Jakiś czas rozmawialiśmy, on opowiadał o tym jakich to nie ma "zajebistych lasek" w nowej klasie, oraz o KOLEDZE z którym całował się podczas wakacji! Pachniał pięknie jak zawsze. Leżeliśmy obok siebie na łóżku. Nie wiem czemu wtedy rozsądek nie powiedział mi "przestań, zatrzymaj się!". Przysunęłam się do niego i ściągnęłam bluzkę. "Cnotka niewydymka", którą zawstydzał zwykły pocałunek, odważyła się pokazać nowy koronkowy staniczek marki Triumph i zainicjować swój pierwszy w życiu seks. Zielonooki wtedy.... wybuchnął głośnym śmiechem. Niewidzialna ręka zdzieliła mnie mocno w twarz. Usiadłam, ubrałam się i zaczęłam modlić w duchu, żeby się przy nim tylko nie rozpłakać. Zachować resztki godności. On również usiadł i powiedział "Ty się przy mnie zmarnujesz, daj spokój, znajdź sobie kogoś lepszego". Cały czas się uśmiechał. Potem próbował jeszcze o czymś ze mną rozmawiać, ale ja nie słyszałam już jego słów. Siedziałam jak skamieniała i powtarzałam w duchu "tylko się nie rozpłacz, tylko się nie rozpłacz, tylko się nie rozpłacz!!!". Później wyszedł. 

To był koniec. Tamtej nocy umarła we mnie wola walki, a poczucie własnej wartości sięgnęło dna. Tamtej nocy wypaliłam swoją pierwszą paczkę papierosów, których gorzki smak zmieszał się ze smakiem słonych łez................





sobota, 7 listopada 2015

Księżniczka


"Wszystkie dzieci nasze są" Majki Jeżowskiej brzmiące w głośnikach na dużej sali gimnastycznej przystrojonej błyszczącymi ozdobami z papieru. Mnóstwo małych dzieci podskakujących wesoło w rytm muzyki. Trwa szkolny bal klas 1 - 3. Na środku sali, ubrana w balową sukienkę w srebrnej koronie na głowie, stoi ładna długowłosa dziewczynka - typowa mała miss. Wokół niej grupka chłopców kłóci się zażarcie, który będzie mógł z nią zatańczyć. Ona śmieje się wesoło kokieteryjnie potrząsając włosami. Myślicie, że to ja nią jestem?

Otóż niestety moi drodzy to nie ja, ale ja też tam jestem. Siedzę pod ścianą w długiej "kiecy" jak dla starej baby, bez korony, choć niby też jestem przebrana za księżniczkę. Mama stwierdziła, że korona mi niepotrzebna - fakt żadne nakrycie głowy nie odwróciłoby uwagi od mojej jakże oryginalnej kreacji. Jestem obrażona na cały świat i obserwuję z zazdrością małą miss. Nie mam ochoty bawić się z innymi dziećmi i myślę tylko o tym "dlaczego wokół niej stoi wianuszek chłopców a mnie żaden nie poprosił do tańca". Tak upływa mój pierwszy szkolny bal. Obiecuję sobie, że za rok, ja też będę wyglądała jak prawdziwa księżniczka.

Mija rok. Kolejny szkolny bal. Dźwięki jakże popularnej w tamtych czasach lambady niosą się po sali. Mała miss w tej samej sukience i koronie tańczy z najprzystojniejszym chłopcem w klasie. Ja też tam jestem. Tym razem mam na sobie śliczną nową sukienkę. Znowu jednak podpieram ścianę a obok mnie ani jednego chłopca. Jakaś dziewczynka chwyta mnie za ręce i ciągnie na parkiet. Idę niechętnie. Cały czas myślę "Sukienka nie pomogła, jestem brzydka, nigdy nie będę taka jak ona". Jest mi przykro. Mała miss staje się moim obiektem zazdrości na kolejne parę lat, podczas których jest najpopularniejsza wśród rówieśników, zostaje wybrana dwukrotnie miss szkoły i przewodniczącą zarówno klasy jak i szkolnego samorządu. Z każdym jej sukcesem moje poczucie wartości maleje, bo jak to możliwe że ja nie jestem tą pierwszą, najładniejszą i najbardziej docenianą? Co jest ze mną nie tak?!

Mijają lata. Tym razem szkolna wycieczka w drugiej klasie liceum. Górskim szlakiem idzie nastolatka. Choć teren niesprzyjający ma na sobie kozaczki na obcasach, pełen makijaż i szminkę na ustach mimo, że pada deszcz. Myślicie, że to ja nią jestem?

Otóż niestety moi drodzy to nie ja, ale ja też tam jestem. Ciągnę się na samym końcu wycieczki w glanach i szarawej kurtce a postawą przypominam "kalwaryjskiego dziada". Myślę sobie "Jak ona to robi, że tak świetnie wygląda, laska z niej a ja jestem.... taka..... brzydka i zaniedbana". Kolejny obiekt zazdrości powoduje, że zmieniam swój wygląd. Farbuję włosy na blond, zaczynam nosić niewygodne obcasy i spódniczki mini. Mężczyźni oglądają się za mną na ulicy. Tym razem powinnam być już dowartościowana. Wyobraźcie sobie, że wcale nie!. Nie czuję się atrakcyjna, bo nie wyglądam tak jak ona. Nie jestem NIĄ i we własnych oczach nadal jej nie dorównuję. Ona i tak wygląda lepiej, jest popularniejsza, sto razy bardziej przebojowa i ma lepsze stopnie. Nauczyciel języka polskiego, będący dla mnie wielkim autorytetem, mnie nie zauważa i ocenia przeważnie na tróje a ją wychwala pod niebiosa i stawia jej wiecznie piątki. Karze jej przechadzać się po sali, żeby pokazać nam jak świetnie się dziś ubrała. Do jasnej cholery co jest ze mną nie tak?!.

Dziś z perspektywy czasu wiem już co.
Chciałam być zawsze NAJ. Wciąż porównywałam się z innymi. Widziałam masę zalet w kimś a niewiele w sobie. Myślałam, że przebranie na bal, obcasy czy spódniczka mini pozwolą mi prześcignąć obrany przeze mnie ideał a wystarczyło tylko zmienić myślenie. Chłopcy z mojej szkoły podstawowej nie byli wyrocznią dziewczęcej atrakcyjności, mogłam ich olać i bawić się dalej beztrosko z koleżankami. Nauczyciel języka polskiego nie był nieomylnym wybitnym znawcą polskiej literatury, może ktoś inny moje pisane po nocach wypracowania oceniłby na piątkę.
Każdy z nas jest INNY, nie ma lepszych czy gorszych. Nie budujmy swojego poczucia własnej wartości na zdaniu napotkanych osób. Jeden nas doceni, inny skrytykuje i to tylko od nas zależy, którą opinię weźmiemy sobie do serca. Nie pozwólcie, żeby ludzie, którzy nie są wcale od was lepsi wpływali na to co o sobie myślicie!

Na zakończenie z nieskrywaną przyjemnością pragnę nadmienić, że mała miss się roztyła, a laska z górskiego szlaku od nadmiaru tapety postarzała o jakieś dwadzieściapięć lat i wygląda jak moja matka, co i tak nie zmienia faktu, że zawsze była "pusta jak bęben", miała "siano w głowie" a teraz od tych kozaczków na obcasie napewno ma haluksy.....