Pokazywanie postów oznaczonych etykietą depresja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą depresja. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 listopada 2016

Polonez


"Witam, nie mogę zaproponować Pani etatu, ale jeśli Pani zechce możliwy będzie wolontariat" - napisała do mnie kierowniczka jednego z domów opieki przed rokiem. Czytając tego maila pomyślałam "jak zwykle, nie ma i nie będzie pracy! Po co mam tam chodzić!? Po cholerę?!" Byłam bardzo sceptyczna jednak już wtedy docierało do mnie coraz wyraźniej, że jeśli nie wyjdę z domu do ludzi i nie zmuszę się do jakiejkolwiek aktywności, będzie tylko coraz gorzej... Każdy mój dzień mieszał się wówczas z nocą. Nie miałam siły wstać z łóżka nawet do toalety. Sen wciągał mnie jak bagno, z którego nie potrafiłam się wydostać. Myśli samobójcze były na porządku dziennym. Nie miałam siły żeby żyć, ani odwagi żeby umrzeć...

Kierowniczka przyjęła mnie bardzo ciepło. Z entuzjazmem odnosiła się do moich planów. Wreszcie znalazłam sobie jakieś zajęcie. Siedziałam po nocach i wynajdywałam coraz to nowsze pomysły na prace plastyczne. Zaczęło mnie nagle obchodzić coś więcej, niż tylko plany jak ze sobą skończyć. Radość nie trwała zbyt długo... Kierowniczka poszła na urlop macierzyński, a ja zostałam sama... Sama z wieloletnimi pracownikami, którzy wszystko mieli w dupie. Sama z seniorami, którym generalnie nie chciało się nic robić. Chciałam zrezygnować... Czułam się tam niepotrzebna, zbędna, niewidzialna. Cudowne plany zderzyły się z szarą rzeczywistością... Dopadł mnie dołek, który potrwał około miesiąca. Wersja dla wszystkich brzmiała zapalenie płuc... Prawda zaś, nie mogę wstać z łóżka! Pamiętam po dziś dzień kiedy pojawiłam się tam po przerwie. Wchodziłam do budynku przepełniona lękiem i wstydem, o mało nie uciekłam sprzed wejścia. Weszłam do  sali pełnej ludzi ,większość z nich nawet mnie nie pamiętała... Usiadłam w rogu i patrzyłam jak podopieczni ćwiczą POLONEZA . Wtedy silniej niż kiedykolwiek przedtem odczułam jak stopniowo schodzi ze mnie lęk i zaczynam czuć się normalnie. Nie euforycznie szczęśliwie... ale normalnie... Naokoło coś się działo. Było życie, rozmowy, muzyka, ludzie. Nie ten cholerny, ponury, ciemny pokój! Wtedy wiedziałam już, że niezależnie od tego co się dalej stanie, powinnam tam chodzić!

Skazana byłam na uprzejmość pracowników. Brakowało własnej szafki na kurtkę, przy kuchennym stole częstowano mnie zupą, której nie miałam odwagi przełknąć, a o każdy krok musiałam pytać innych. Wyprosiłam o jedną szafkę dla siebie w pracowni. Byłam na samym dole hierarchii, ale ludzie traktowali mnie dość życzliwie. To mi pomagało, dodawało sił. Jednocześnie wciąż pisałam do kierowniczki z prośbą, żeby mi jakoś pomogła, przyznałam się nawet do depresji... wszystko to było dla mnie dość upokarzające.

Dostałam propozycję prac społecznie użytecznych za 600 złotych miesięcznie. Propozycję dla osób z wykształceniem podstawowym... Aby spełnić wymagane kryteria musiałam zaprosić do domu pracownika socjalnego, który robił wywiad ze mną i moją matką. Pani ta była w szoku, że osoba z wykształceniem wyższym i dwiema podyplomówkami stara się o taką pracę. W rezultacie dostałam umowę zlecenie przy projekcie z osobami z Alzheimerem w tym samym miejscu, za jeszcze mniej. Dostawałam 300 złotych, czasami mniej, za miesiąc! Godzin było bardzo mało, a chętnych terapeutów sporo. Bywały wzloty, upadki, dni lepsze i gorsze. Chwile zwątpienia i rozpaczy, ale i miłe momenty, które pozwalały mi oderwać się od prześladujących mnie nocami myśli, że kiedy umrze matka, zdechnę z głodu.

Pojawiła się szansa... Jeden z pracowników zadecydował o odejściu na emeryturę. Zwalniało się miejsce pracy. Kiedy kierowniczka przedstawiała moją kandydaturę przy kuchennym stole większość zebranych była przeciwna. "Nie potrzeba nam artysty plastyka! Wolimy kogoś kto gra na jakimś instrumencie! Ona sobie nie poradzi, gdy przyjdzie siedzieć w pracy po 8 godzin!" Kierowniczka miała własne zdanie, podparte również tym, że wstawił się za mną u dyrektorstwa znajomy mojej matki... Potem były długie miesiące oczekiwania i niepewności, przeplatane witrażykami, obrazkami i innymi plastycznymi duperelami, które z uporem maniaka tworzyłam z marudnymi seniorami.

Dziś, od miesiąca, jestem pełnoetatowym pracownikiem na 6 miesięcy! Dostałam normalną wypłatę! Mam własną szafkę na kurtkę! Swoje miejsce przy stoliku, gdzie jem co rano śniadanie! Zapas materiałów plastycznych, które wyprosiłam u szefowej, a od niedawna zamiast jednej szafki całą pracownię artystyczną tylko dla siebie!!! W bólach wstaję o 6 rano, a kiedy wracam z pracy odpoczywam od nadmiaru bodźców i... ludzi. Koleżanka z pracy wkręciła mnie do plastycznego projektu, który realizowany jest w dumnych, intelektualnych progach biblioteki publicznej!

Pisząc te kilka ostatnich zdań wzruszyłam się. Nic co bym teraz Wam napisała nie odda w pełni tego, jak bardzo zmieniło się moje życie. Pewnie, że nie jest super różowo! Pojawiły się inne problemy, które są rysą na szkle. Teraz jednak żyję!
Żyję dzięki mojej matce, której jestem bardzo wdzięczna za to, że mnie karmi, opiera i się o mnie troszczy. Za to, że znosi moje fochy i humory... Za to, że jest i że przez ten cały rok, przekonywała mnie często wrzaskiem, żebym  nie rezygnowała z wolontariatu. Żyję dzięki terapeutce, która powiedziała mi wiele mądrych rzeczy i sprawiła, że terapia jest dla mnie przyjemnością a nie przykrym obowiązkiem... Żyję dzięki sobie... bo mimo wielkiego wsparcia, które otrzymałam, SAMA musiałam się podnieść i zawalczyć o swoje szczęście!
W tym roku  znowu będę oglądać jak tańczą POLONEZA... ale już z zupełnie innej perspektywy...

Jeśli siedzisz teraz w ciemnym pokoju i myślisz o tym jak odebrać sobie życie, przeczytaj mój post jeszcze raz i uwierz, że zwykłym szarym ludziom takim jak ty czy ja też zdarzają się małe cuda. I pamiętaj, że póki żyjesz wszystko jeszcze jest możliwe......

poniedziałek, 23 maja 2016

Gra pozorów


Tym razem  nie będzie optymistycznie... 
Krótką chwilę zajęło mi podjęcie decyzji czy umieścić tutaj ten wpis. Zdecydowałam się na to, ponieważ myślę, że chociaż w tej przestrzeni mogę pozwolić sobie na autentyczność! Na szczerość z Wami i samą sobą...

Jest dziś jeden z tych dni, kiedy po prostu nie mam ochoty żyć...  Wyświechtane...wiem. Tak bardzo dziś siebie nienawidzę, że tą nienawiścią wypełniłabym cały ocean. 

Marzę, żeby być kimś innym...Wyglądać inaczej, mówić inaczej, myśleć inaczej...
Marzę, żeby już nikt nigdy nie skrytykował mojej koszmarnej figury, żeby już nikt nigdy nie oceniał jakiejkolwiek wykonanej przeze mnie pracy! Marzę, żeby odkleić sobie od ust ten cholerny sztuczny uśmiech małej dziewczynki i żeby nikt ode mnie już niczego nie chciał!!! Mam ochotę wrzasnąć "ludzie, czy wy nie widzicie jak cierpię?! jak jest mi źle? nie widzicie, że czasami trudno mi wstać z łóżka i się wykąpać, zrobić kolejny krok w drodze do pracy, kontynuować z wami wymuszoną gadkę o wszystkim i niczym!!! Czemu mnie nie słyszycie?!".

Jestem więźniem... Więźniem pozorów, wymuszonych uśmiechów i konwenansów. A strażnikiem... jestem ja sama. Mogę uciekać przed ludźmi, ale przed sobą nie ucieknę. Nigdzie... Nikt nie jest w stanie mi pomóc, a sama sobie nie potrafię... Nie mam już siły i nie chcę tak żyć! 
Przemawia przeze mnie choroba? I co z tego?! Faktem jest, że potwornie się męczę... Sama ze sobą...

Wczoraj widziałam na fecebooku zdjęcie mojego byłego chłopaka w grupie nowych znajomych. Siedzieli na trawie na pikniku... Poczułam taką straszną złość i zawiść, że przelękłam się samej siebie. On żyje i całkiem nieźle się bawi, a ja jestem taka SAMOTNA. Taka cholernie samotna, że aż żałosna. I nie ma komu wypełnić tej pustki...

Dziś jest straszny dzień. Dzień w którym chciałabym się nałykać leków i po prostu odejść... Odejść tam, gdzie niczego już nie będzie... Tam gdzie nie ma udawania i nie trzeba się na siłę uśmiechać...
To najsłabszy z moich wpisów, ale tego wieczora nie mam siły na więcej. Przepraszam Was... Przepraszam każdego, kto się skusi i to dno przeczyta...

poniedziałek, 16 maja 2016

Wysokie obcasy


"No tak i znowu jestem w czarnej dupie" - pomyślałam z goryczą siedząc na zimnej kanapie, oczywiście czarnej barwy, w poczekalni jednej z prywatnych przychodni terapeutycznych. Łzy popłynęły mi do oczu. "Boże, tak bardzo nie chce mi się żyć, a jeszcze mam o tym opowiadać jakiejś obcej babie! Pewnie kolejna psychiczna bardziej ode mnie... Co mam zrobić? Może by tak uciec stąd? Oszczędzić sobie kolejnego upokorzenia! Oszczędzić sobie kolejnej opowieści o tym jaka jestem beznadziejna!". Następne 30 minut oczekiwania na sesję przepłakałam, gapiąc się na wiszącą na ścianie plazmę. Parę minut później przyszła po mnie drobna blondynka po czterdziestce. I od tego wszystko się zaczęło...

"Co panią do mnie sprowadza?"- spytała. Wywaliłam z siebie lekko pochlipując, że depresja, że nie mam siły wstać z łóżka i że...mam myśli samobójcze. Ku mojemu zaskoczeniu blondynka nic nie zanotowała, nie posiadała nawet kartki! Szybko wyrwała mnie z żałosnego zawodzenia, mówiąc konkretnym, energicznym głosem "kiedy Pani tak leży po ciemku i ma te myśli samobójcze niech Pani włączy telewizor!". To stwierdzenie szybko wytrąciło mnie z otępienia. "Że co?" - spytałam zaskoczona. "No niechże Pani włączy radio, telewizor, cokolwiek. Bodźce słuchowe pomagają, żeby się na takich myślach nie skupiać!". Wstała dziarsko i podeszła do stojącej w rogu tablicy. Mówiła coś o jakichś sinusoidach rysując diagramy, o tym, że powinnam mieć plan dnia od godziny do godziny, żeby tak bezczynnie nie leżeć itd. itp. Ja w tym czasie połowy słuchałam, a połowę uwagi przeznaczyłam na baczną obserwację swojego nowego terapeuty. Czułam, że trafiłam na kogoś u kogo pobędę dłużej niż dwie sesje!  Czułam, że to wreszcie to! Stała przede mną ładnie uczesana, elegancko ubrana, dojrzała kobieta. Miała ładne buciki na wysokim obcasie! Energiczna, żywiołowa, konkretna, mówiąca z sensem, dająca rady! Od razu mi się poprawiło...
Na drugiej sesji dostałam pierwsze w życiu zadanie domowe! Miałam narysować trzy rysunki w domu. Pomyślałam sobie "kiedy zacznę robić coś konkretnego typu rysowanie, wypisywanie, cokolwiek NAMACALNEGO na pewno wyzdrowieję...". Chętnie przychodziłam więc na kolejne sesje. Kiedy blondynka interpretowała moje rysunki, wszystko co mówiła było prawdą! Do tej pory nie wiem jak to robiła, ale była w tym jakaś odrobina magii. Dostawałam kolejne zadania typu wypisywanie pozytywnych cech - trudne jak diabli, pisanie listu do matki itp... Czułam, że odrabiam lekcje, które zamiast dobrej oceny przyniosą mi spokój ducha, równowagę psychiczną i szczęście...

Podobało mi się w jaki sposób ta kobieta ze mną rozmawia. Było swobodnie, a jednocześnie czułam doping i wsparcie. Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów byłam przez kogoś chwalona! Pojechała po całości moją matkę i jej obecnego partnera, z którym zmuszona byłam mieszkać. Nie zostawiła suchej nitki na moim ówczesnym chłopaku. Wszyscy na około byli źli, a to ja byłam ta dobra! Nareszcie! Jakże mnie to cieszyło! Zaczęłam wierzyć w to, że wcale nie jestem takim cholernym zerem, co znacznie wzmacniało moje poczucie własnej wartości! Niestety, zaczęłam wierzyć również i w to, że ludzie, którzy mnie otaczają są beznadziejni i pozbawieni jakichkolwiek zalet... Dla osoby narcystycznej, którą niestety jestem, takie podejście było bardzo szkodliwe. Utwierdzało mnie bowiem w przekonaniu, że wina zawsze leży po stronie wszystkich innych, a ja jestem czysta jak łza...
Ponadto blondynka nie przebierała w słowach wypowiadając się o osobach, jakby nie było, mi najbliższych. Bardzo podobał mi się luz jaki wprowadzała do naszego kontaktu, ale już nieco mniej nazywanie mojego chłopaka zerem z racji tego, iż  nie posiada wyższego wykształcenia i pracuje na stacji benzynowej. Kiedy usłyszałam, że nie powinnam zachodzić w ciążę biorąc psychotropy, bo urodzę cytuję potwora zaczęłam się porządnie niepokoić. Nie odpowiadały mi, aż tak "ostre teksty", kłócące się często z moim światopoglądem! Po kilku sesjach przestałam więc do niej przychodzić. Jak czas później pokazał kolejne kryzysy, jakie pojawiały się w moim życiu, za każdym razem stawiały mnie przed drzwiami jej gabinetu. Czemu akurat jej? Bo mimo wad była jedynym terapeutą, który przypominał żywego człowieka, a nie cholerną, beznamiętną mumię!

Nasz terapeutyczny romans z każdym kolejnym spotkaniem nabierał coraz większych rumieńców...
Było na przykład kilka takich sytuacji, które powodowały, że blondynka stopniowo traciła zyskane u mnie punkty.
Poddana zostałam na przykład relaksacji, podczas której, miałam wyobrażać sobie "pełne ciepła i energii uzdrawiające źródło mocy"...W trakcie, zamiast się ogrzewać, byłam spięta jak jasna cholera i porządnie zaniepokojona faktem, iż kazano mi siedzieć z zamkniętymi oczami! Codziennie miałam za zadanie odsłuchiwanie opowiadanej przez nią bajki terapeutycznej o dziewczynce z indiańskiego plemienia, którą nagrałyśmy na mój telefon...co uważałam za dziwne i głupie. Któregoś razu nakazała mi też, stanąć na postawionym na środku gabinetu, drewnianym krzesełku... zaraz przy krawędzi... Nie pamiętam co to miało na celu, ale mało się nie spierdoliłam... Dość ciekawym jej pomysłem był też list do koleżanek z pracy, który kazała mi napisać, abym mogła wylać z siebie żal i złość...Wszystko szło nieźle do momentu, w którym nie stanęłam z kartką i zapałkami pod swoim oknem. Jak radziła, podpaliłam zapiski, tyle że, zrobiłam to z takim namaszczeniem, iż w środku nocy zmuszone byłyśmy gasić wraz z matką płonącą jak żagiew zasłonę.... Kolejny list radziła pisać do byłego chłopaka... tak, tego zera ze stacji benzynowej... Tym razem nie miałam już używać zapałek! Ulżyło mi nawet, dopóki nie usłyszałam, że dla odmiany mam iść na cmentarz i zakopać kartkę przy grobie mężczyzny o tym samym imieniu... Obawiając się kary boskiej za bezczeszczenie grobów oraz ścigających mnie zza światów zmarłych, z tej metody już nie ośmieliłam się skorzystać... W końcu, kiedy wróciłam do niej po raz setny po dłuższej przerwie, stwierdziła, że coś jest nie tak, że mi się  nie poprawia i istnieje ryzyko, że tak jak jedna z jej pacjentek....uwaga.... MAM RAKA MÓZGU. Na tej sesji była akurat wyjątkowo ze mną moja matka. Ona mało nie dostała zawału, a ja wyszłam z gabinetu z pełnym przeświadczeniem, że jestem śmiertelnie chora i niedługo umrę... Dziś mnie to bawi, w ten dzień byłam w takim szoku, że siedziałam wieczorem pod prysznicem i szorowałam pięty pumeksem prawie do krwi, bo ubzdurałam sobie, że jak mają mnie pochować to z gładkim naskórkiem... Na jednej z ostatnich wizyt dla odmiany dowiedziałam się, że moja agresja do przedmiotów, a konkretnie rzucanie popielniczkami i kubkami, skończy się tym, że w końcu kogoś zabiję... Najbardziej jednak ze wszystkiego, zrażały mnie jej obietnice bez pokrycia. Nie przynosiła obiecanych książek, nie wysyłała obiecanych maili. Na odpowiedź smsową trzeba było czekać parę dni, a na jednego maila nie odpowiedziała wcale, tłumacząc się popsutą skrzynką...

Wiecie, najlepsze w tym wszystkim  jest to, że mimo wielu dziwactw tej kobiety i nieraz komicznych sytuacji, których byłam udziałem, czułam, że ktoś po prostu ze mną jest. Czułam, że ktoś może i chce mi pomóc. Niejeden raz, kiedy było mi bardzo ciężko, wsłuchiwałam się w tą głupią, nagraną przez nią bajkę. Bajkę o dziewczynce, która zgubiła drogę w życiu... Słuchałam cichego, spokojnego głosu i czułam przy sobie jej obecność... Jeden z niewielu terapeutów, którzy ze mną rozmawiali... Dla których byłam człowiekiem, a nie tylko psychologicznym obiektem.
Dziś wspominam ją nieco z uśmiechem, nieco z sentymentem. Trochę wariatka, z ciętym językiem, niedotrzymująca dawanych mi obietnic. Nade wszystko kobieta silna i bardzo barwna. Nikt z was widząc jej zgrabną sylwetkę, wysokie obcasy i blond loki nie podejrzewałby nawet, że kupę lat walczyła z rakiem i ma amputowaną pierś. Te dwa fakty, które mi kiedyś w zwykłej rozmowie wyjawiła sprawiają po dziś dzień, że mam do niej bardzo wiele szacunku i cieszę się, że stanęła na mojej terapeutycznej drodze. Na tej samej drodze po paru latach stanął jednak ktoś jeszcze. Ktoś komu bardziej mogę zaufać i kto znaczy dla mnie jeszcze więcej... Ktoś kto szanuje ludzi bez względu na ich wykształcenie, orientację seksualną czy wyznawaną religię...ale to już zupełnie inna historia...

czwartek, 24 marca 2016

Terapeuci


Nawiązując do mojego ostatniego posta - "nigdy w życiu" nie spodziewałabym się, że zajrzy na tego bloga tak wielu z Was! Uwierzcie mi, naprawdę jestem w szoku. Dostaję maile, moje wypowiedzi są cytowane na facebooku, a pewna znajoma mi osoba poleciła niedawno komuś mój ostatni wpis. Dziękuję bardzo każdemu, kto poświęcił swój czas na odwiedzenie tej strony! To dla mnie naprawdę bardzo wiele znaczy...
Z racji tego, iż wzrosło zainteresowanie moją terapią, a konkretnie tym, co też takiego robię, że wreszcie zaczęłam myśleć bardziej pozytywnie, chciałabym podzielić się z Wami swoimi doświadczeniami w tym temacie...

Było ich szesnastu. Szesnaścioro różnych ludzi i osobowości, którym dane było usłyszeć historię mego "nieszczęsnego" żywota.
Przed pierwszym spotkaniem, siedząc na drewnianym krzesełku w poczekalni, miałam wrażenie, że zaraz zemdleję. Byłam zażenowana, a nade wszystko czułam ogromny lęk. Wstydziłam się powiedzieć komukolwiek o tym, że nie mam przyjaciół, żyję na utrzymaniu matki, mój ojciec ma mnie w dupie, a długoletni związek w którym jestem to fikcja. Nie wiedziałam co mnie czeka za wielkimi drewnianymi drzwiami... Kiedy wybiła moja godzina weszłam niepewnie do ponurego, tonącego w cieniu, pokoiku. Podejrzewam, że miało tam być nastrojowo...W moim odczuciu jednak, właśnie znalazłam się w grobie! Na środku gabinetu stały dwa czarne, skórzane fotele, a pomiędzy nimi stolik, wyposażony w żółtawą, posępną lampkę i wielką pakę chusteczek higienicznych. Widząc te chusteczki od razu pomyślałam, że w tym miejscu ludzie tylko siedzą i płaczą... Miałam ochotę zwiać!
Pierwszą rzeczą w wyglądzie nowej terapeutki, która od razu zwróciła moją uwagę...uważajcie....były BUTY. To śmieszne, jak taki drobiazg może wpłynąć na nasz odbiór drugiej osoby! Płaskie, czarne czółenka, wyglądające jak obuwie do trumny, znakomicie dopełniały reszty ponurego stroju, w który przywdziana była, siedząca na przeciw mnie, kobieta koło czterdziestki. Nie jestem pustakiem i zdaję sobie sprawę z tego, że wygląd nie świadczy o człowieku. Kobieta ta jednak, w żaden sposób nie nadrabiała, całego tego pogrzebowego nastroju, swoim intrygującym sposobem bycia. Była chłodna i zdystansowana... Obojętna... Skrzętnie notowała wszystko co mówię, zadając kolejne pytania o mój życiorys. Nie było żadnego dialogu między nami. Żadnej interakcji... Tylko ehe, aha, yhy... Wyszłam wściekła i jeszcze bardziej sfrustrowana, niż tam weszłam! Po trzech sesjach, jedyne czego się o sobie dowiedziałam to to, że mam lęk przed dorosłością. Ta jakże odkrywcza wiadomość, kosztowała mnie czterysta złotych i kilka niemiłych wspomnień! Później bywałam w wielu podobnych gabinetach... Wyczytałam gdzieś, że ten "chłód" jest charakterystyczny dla terapii psychodynamicznej... Terapeuta nie może okazywać emocji, a wnętrze nie powinno rozpraszać nadmiarem bodźców. Może komuś podobna opcja odpowiadała, ja - typowy lękowiec - w takim otoczeniu czułam się jakbym zaraz miała odwiedzić zaświaty... Po tym doświadczeniu na długo zrezygnowałam z terapii. Myślałam, że leki mi wystarczą i rozwiążą wszystkie moje problemy... Kiedy pogorszyło się do tego stopnia, że znów nie potrafiłam normalnie funkcjonować, zapukałam do kolejnych drzwi...

Jedną z następnych, testowanych przeze mnie terapeutek została moja była wykładowczyni z uczelni. Kiedyś, jeszcze za czasów studenckich, usłyszałam od niej, że bardzo gratuluje mi zaliczenia prowadzonej przez siebie terapii tańcem. Kiedy spytałam dlaczego, powiedziała, że zauważyła jak wiele wysiłku kosztowało mnie uczestnictwo w psychologicznych zajęciach ruchowych w kole. Pomyślałam wówczas, że musi być świetnym psychologiem, skoro odkryła coś, co tak skrzętnie ukrywałam przed światem! Trafnie dostrzegła mój lęk przed ludźmi... Pełna nadziei i przekonania, że niewiasta ta na pewno mnie uzdrowi, umówiłam się z nią mailowo na spotkanie. Prawie na wstępie usłyszałam, że jestem W TAK ZŁYM STANIE, że powinnyśmy spotykać się co najmniej dwa razy w tygodniu! Uznała widać, że moje bezrobocie, nie stanowi większej przeszkody w podwojeniu płatności, a informacja o tragicznym stanie zdrowia bardziej mi już nie zaszkodzi... Jakoś przełknęłam kolejne mądrości, które przez dwie sesje mi wygłaszała, kiedy jednak poczęstowana zostałam gadką o negatywnych energiach, ludzkich przeczuciach i poczcie pantoflowej funkcjonującej pomiędzy pracodawcami w moim mieście, przelała się czara goryczy. Doszłam do wniosku, że ta pani pomyliła psychologię z ezoteryką i bardziej nadaje się na wróżkę niż na psychoterapeutę. Obraz osoby kompetentnej i wykształconej, który zbudowała sobie w moich oczach w trakcie studiów, prysł jak bańka mydlana! Swoją drogą, kobieta ta, musiała sporą ilość swoich klientów "czarować" z częstotliwością dwa razy w tygodniu, gdyż jako jedyną z zacnej szesnastki, stać ją było na bajerancką maszynkę do drukowania paragonów... Moje poszukiwania trwały dalej...

Raz trafiła mi się istna specjalistka od higieny snu. Młoda, bardzo chłodna, siedząc w kolejnym posępnym gabinecie, na kolejnym posępnym fotelu, potęgowała tylko moją depresję. Nie znając kompletnie, ani mnie, ani moich problemów, radziła mi, bym w trakcie kolejnej nieprzespanej nocy, leżała do rana gapiąc się w sufit. Trzeba przyznać, że była odważna, proponując leżenie godzinami w ciszy i ciemnościach osobie, która ma myśli samobójcze i powinna robić wszystko byle się na nich tylko nie skupiać! U tej pani byłam tylko raz!

Później miałam również przyjemność odwiedzić psychoterapeutkę, która ma świetne noty na portalu znany lekarz i plasuje się naprawdę wysoko, jeśli brać pod uwagę opinie w internecie. Tym razem na drugiej wizycie usłyszałam, dla odmiany, że JESTEM ZUPEŁNIE ZDROWA. Wybitnej specjalistki wcale nie zaniepokoił fakt, że od paru lat leczę się psychiatrycznie, pocięłam sobie rękę, a kiedy weźmie mnie fantazja snuję plany jak ze sobą skończyć!!! Poradziła mi, żebym "uwolniła swoje wewnętrzne dziecko" i "zrobiła sobie imprezę"! Tak...naprawdę... To był chyba najgorszy i najbardziej niekompetentny spec do jakiego trafiłam! Dziwnym zbiegiem okoliczności pozytywne opinie o niej pojawiają się do dziś na portalu znany lekarz z częstotliwością równiusieńko raz w miesiącu! Widać, bardzo zależy jej na rozgłosie i wstawia je sobie sama...

Jednym z moich ostatnich psychologów został dla odmiany mężczyzna, którego polecił mi mój obecny psychiatra. Trzeba przyznać, że był on szalenie punktualną osobą... Z racji tego, że pojawiłam się u niego pół godziny przed czasem, kazał mi czekać na klatce schodowej - nie posiadał czegoś takiego jak poczekalnia. Przetrzymał mnie na korytarzu pół godziny, po czym zaprosił do małego, śmierdzącego stęchlizną pokoiku zawalonego książkami. Widocznie, kiedy ja siedziałam na schodach odmrażając sobie tyłek, musiał dokończyć lekturę jakiejś pasjonującej psychologicznej książki... W każdym razie, pan ten był świetnym doradcą zawodowym. Wzburzony faktem, że mam problem ze znalezieniem pracy, radził mi - lękowcowi - abym z impetem wpadała do biur dyrektorów ze swoim życiorysem w garści. Kiedy zwróciłam mu uwagę na to, że żaden szef nie siedzi w gabinecie bez pilnującej go gorliwie sekretarki, usłyszałam, że mam być pewna siebie i kłamać, że przyszłam w sprawie prywatnej... Z kolejnych porad zawodowych już nie skorzystałam!

Dobra, starczy. Powyżej opisałam Wam kilku moich psychologów. Byli i inni u których spędzałam jedną, góra dwie sesje. Z racji ilości, tych mniej barwnych osobistości już nawet nie pamiętam... Dwie najistotniejsze dla mnie terapeutki zasługują na osobne odsłony, które dodam wkrótce. Dziś chciałam Wam tylko pokazać jak różni mogą być terapeuci...oraz ich gabinety! Podczas opisywania nie podarowałam sobie charakterystycznej dla siebie dawki ironii i sarkazmu. I tu dochodzimy do momentu, w którym napiszę coś, co przed terapią by się tutaj nie znalazło. Uważam, że część z osób u których szukałam pomocy, nie sprawdzało się w tym zawodzie... Części jednak, nie dałam szansy... Czasami zbyt szybko rezygnowałam! Jeśli jesteście w trakcie poszukiwania kogoś dla siebie nie zrażajcie się po jednej czy dwóch wizytach! Szukajcie psychoterapeuty, który będzie WAM odpowiadał i z którym będziecie się czuli jak najswobodniej. Nie kierujcie się opiniami z internetu! Doświadczajcie, testujcie i nie rezygnujcie! Pamiętajcie jednak - psychologowie to też ludzie, którzy mogą się mylić i mieć wady. Jeśli ma się za sobą tak jak ja szesnastu specjalistów, istnieje ryzyko, że może to my sami liczymy na zbyt wiele... Bądźcie czujni wobec czyjejś niekompetencji, ale nie oczekujcie, że jakikolwiek certyfikat da ludziom, takim samym przecież jak wy, boską moc uzdrawiania duszy...


                                         

piątek, 11 marca 2016

Nigdy w życiu!


"Chciałabym schudnąć, ale nie pójdę na siłownię! Nigdy w życiu! Tam są tylko szczupłe, wysportowane, seksowne laski....".
"Iść na saunę?! Nago??? Nie, no jakiś żart! To miejsce dla jakichś psychopatów i ekshibicjonistów! Kurczę ciekawi mnie jak tam jest.... ale nie, nie pójdę i koniec!".
"Śpiewanie karaoke? Kurczę niby fajna zabawa.... ale nie dla mnie.... Fałszuję tak potwornie, że ludzie pękliby ze śmiechu słysząc jak zawodzę! Nigdy w życiu!".
"Za granicą przemówić po angielsku? nie nigdy! Mój angielski brzmi jak miks rosyjskiego z niemieckim akcentem w ustach arabskiego poganiacza wielbłądów! Wstydzę się i koniec!".
"Boże, wszędzie się gubię, moja orientacja w terenie jest tak koszmarna, że ledwo nauczyłam się drogi ze szkoły do domu! Gdyby przyszło mi być przewodnikiem jakiejkolwiek grupy osób, poprowadziłabym wszystkich na pewną śmierć. Dobrze, że nigdy nie będę musiała tego robić...".
"Praca z ludźmi?! Nie, nigdy w życiu! Najlepiej w jakimś biurze przy przekładaniu papierów, byle jak najmniej spontaniczności i kontaktu z drugim człowiekiem! Tak jest bezpieczniej...".
"Nigdy nie nauczę się pływać! Boję się wody i już! Nie nauczyłam się jako dziecko to tym bardziej nie da rady mając prawie 30 lat...".
"O mój Boże! Zmieniłam kolor włosów i są prawie rude! Jak ja teraz wyglądam! Będą zaraz złośliwie komentować w szkole. Będą gapić się na ulicy! Jutro wrócę do starego blondu! Wszystko, byle się tylko nie wyróżniać...".
"Iść do psychologa?! Rozmawiać o swoich prywatnych sprawach z kimś obcym?! Nigdy w życiu!".
"Prowadzić bloga? A po co? Nikt nie będzie tego czytał, nie mam talentu do pisania! Czy bym chciała? No tak, chciałabym...gdybym umiała pisać!".

Starczy Wam? Mi chyba już starczy tej wyliczanki przeświadczeń, którymi się karmiłam przez lata. Im dłużej choruję na depresję, tym częściej zastanawiam się, dlaczego akurat mnie to spotkało? Tyle bólu, tyle cierpienia... Od jakiegoś czasu nieco inaczej postrzegam swoją chorobę. Zaczynam widzieć jak bardzo zmieniło się moje życie, dzięki temu, że dane mi było sięgnąć dna. Dzięki chorobie jestem dziś innym człowiekiem. Po części spowodowały to leki, które ośmieliły mnie do wielu odważnych zachowań. Po części przemianę zawdzięczam własnej desperacji i przekonaniu, że nie pożyję na tym świecie za długo, więc póki tutaj jestem, chciałabym jeszcze paru rzeczy spróbować. Po prawie 9 latach leczenia powyższe przemyślenia możemy zamienić na poniższe.

"Byłam na siłowni. Pełno tam babek z nadwagą. W końcu chodzi się tam głównie po to, żeby schudnąć. Nikt nie zwrócił na mnie uwagi, bo wszyscy byli zajęci wyciskaniem siódmych potów".
"Chodzę na saunę! Uwielbiam to! Od jakiegoś czasu całkiem nago! Pełno tam golasów z brzuchami, nikogo to nie dziwi...To nie jest wybieg, a strefa relaksu przeznaczona dla każdego, niezależnie od sylwetki!".
"Lubię śpiewać karaoke, choć fakt fałszuję strasznie... Cóż, dzieciaki z którymi to robiłam, a niedawno starsze osoby niekiedy śpiewały gorzej ode mnie. Nikt się ze mnie nie śmiał, choć ja z siebie trochę!".
"Byłam na Łotwie na międzynarodowym zjeździe młodzieży jako opiekun kilkorga nastolatków. Fakt, mówię bardzo słabo, ale kiedy trzeba umiem się odezwać. Paroma słowami, ale dogadałam się, a rozumiałam prawie wszystko co do mnie mówili!".
"Byłam z dziećmi na wielu wyjściach w teren bez większej znajomości topografii mojego miasta. Nieco krążyliśmy w drodze do celu, ale trafiliśmy do każdego".
"Praca w biurze?! Wolę umrzeć! Lubię prowadzić zajęcia. Kocham nieformalną atmosferę wszelkich miejsc typu domy opieki. W grupie ludzi, którzy dobrze się przy czymś bawią, czuję że żyję, a jeśli ten powód do radości wymyśliłam ja...czuję, że żyję po coś".
"Umiem pływać. W wieku 28 lat poszłam na kurs i co prawda idzie mi tylko w pozycji na plecach, ale przemieszczam się w środowisku wodnym, a z racji sylwetki mam całkiem niezłą wyporność! Kiedy kazali skakać na głęboką wodę robiłam to, a byli tacy, którzy nie potrafili się odważyć".
"Miałam na głowie już wszystkie kolory włosów. Ostatnio niebieski, obecnie różowy. Podoba mi się bycie innym od reszty i nie wierzę, że to piszę, o dziwo, starszym osobom, które kojarzą się z dewocją i kościelnymi pieśniami, podobają się moje włosy".
"Jestem w regularnej terapii od prawie roku. Wcześniej moich jęków wysłuchiwało jeszcze 16 terapeutów. Nie mam jakichś większych problemów z uzewnętrznianiem się. Nabieram zaufania do mojej psycholożki, mimo kryzysu jaki miałam po drodze. Dużo pracy przede mną, ale nie rezygnuję!".
"Jak widać piszę. Lepiej, gorzej, częściej, rzadziej. Raz wejdzie na bloga jedna osoba, raz więcej. Niedługo minie ponad pół roku od pierwszego postu. Mam swoją przestrzeń, która kogoś obchodzi! Podnosi mnie to na duchu".


Gdybym nie zachorowała, pewnie do dziś wielu rzeczy zwyczajnie bym nie spróbowała. Najgorzej jest mieć na coś ochotę, a nie mieć na to odwagi. Chciałabym jeszcze więcej! Dopóki jest czas i możliwość. Dopóki nie położy mnie znowu do łóżka! A kiedy mnie położy, poleżę tydzień czy dwa, a później wstanę! Wstanę po to, żeby udowodnić sobie i światu, że moje "nigdy w życiu" to gówno prawda!


Czasem po prostu musisz skoczyć – tak
Wyskoczyć i po prostu poczuć wiatr – tak
Jesteś silniejszy niż sądzisz
Jesteś!
Czasami to po prostu będzie bolało– tak
Ale będziesz żył i uczył się w trakcie – tak
Jesteś silniejszy niż sądzisz
Jesteś nie do zatrzymania!





niedziela, 6 marca 2016

Kosmita


Ostatnia kłótnia z moją matką.
- Mamo, mam tego dość!!! Dlaczego karzesz mi udawać na tym cholernym wolontariacie zawsze jakieś choroby, kiedy nie jestem w stanie tam pójść z powodu depresji?!! Dlaczego ja nie mogę im po prostu powiedzieć, że się leczę i co jakiś czas mam takiego doła, że przez tydzień nie jestem w stanie wstać z łóżka!!! Co w tym takiego strasznego? Czy to, że chodzę do psychiatry zaraz musi oznaczać, że jestem wariatem, który kiedy się tylko odwrócisz zaatakuje cię jakimś ostrym narzędziem???!!!
- No czy ty jesteś normalna? Nie możesz im powiedzieć!!! Będą cię obgadywać, ludziom się nie ufa!!! Myślisz, że będą ci współczuć??? Chcesz, żeby mieli cię za wariata? Nigdy nie dostaniesz tam pracy!!! Myślisz, że ktoś cię zatrudni jak będzie wiedział, że nie jesteś w stanie wstać z łóżka!!!
- Ale mamo, chorych ludzi też się zatrudnia. Czemu nie trzeba ukrywać chorego serca albo raka!!! Wiem czemu.... Chorzy na wszystko prócz głowy są przecież NORMALNI. Mają prawo chorować, a nas to tylko wsadzić w kaftan i do psychiatryka!!! Czuję się jakbym ukrywała jakiś mroczny sekret. Czuję się jak.....jak kosmita!!!

Jedna z wizyt u mojej psychoterapeutki.
- Chciałabym przestać udawać. Powiedzieć ludziom, na co choruję. Czuję się kimś gorszym! Mam ochotę wykrzyczeć całemu światu MAM DEPRESJĘ!!! Chciałabym, żeby ludzie mnie po prostu akceptowali taką jaką jestem, a choroba to część mnie....
- Rozumiem cię i twoją potrzebę mówienia o tym, to jednak nie jest najlepszy pomysł. Ludzie myślą stereotypami... Będą cię postrzegać przez pryzmat depresji...

Mamy XXI wiek. Geje biorą śluby, lesbijki adoptują dzieci. W pobliskim markecie często widuję wykładowcę z uniwersytetu, który nosi spódniczkę i buty na obcasie. Eurowizję wygrała moja ukochana Conchita Wurst, a ojciec Kim Kardashian zmienił płeć i jest niezłą laską. W telewizji słyszymy coraz częściej o chorobach psychicznych gwiazd. Catherine Zeta-Jones ma CHAD, Whitney Houston była uzależniona od benzodiazepin, które pomogły również zejść z tego świata Michaelowi Jacksonowi. Jakiś czas temu, między innymi z powodu depresji, życie odebrał sobie wspaniały aktor Robin Williams. Badania pokazują, że w 2030 roku depresja będzie najczęściej występującą chorobą na świecie!

Jak to jest, że mimo tego wszystkiego dolegliwości psychiczne nadal stanowią temat tabu? 
Jak to jest, że tymi przemyśleniami mogę podzielić się tylko z Wami, a nie na wolontariacie pijąc poranną kawę? 
Tutaj mogę być sobą! I choć wiem, że ci którzy radzą mi nie mówić w pracy, o tym, że się leczę psychiatrycznie, robią to z troski, narasta we mnie złość! Mam ogromne poczucie braku akceptacji!!!
Współczuję każdemu z Was, kto czuje się podobnie jak ja, niezależnie od tego na jaką chorobę psychiczną cierpi. Żal mi każdego kosmity, który musi udawać na tej planecie.....

A na koniec, osoba poniżej nie musi udawać i to jest naprawdę piękne.....

                                                        

wtorek, 22 grudnia 2015

"Zawsze tam gdzie Ty" cz.3


Miłości nie definiują romantyczne randki, bukiety kwiatów, czułe słówka czy najlepszy pod słońcem seks. Prawdziwe uczucie jest wtedy, gdy potrafisz z drugą osobą dzielić smutki i radości. Gdy umiecie razem trwać, mimo szarości dnia codziennego. Gdy troszczysz się o kogoś bardziej, niż o samego siebie.
On kiedyś mnie kochał. 
Kochał mnie, gdy na gwiazdkę rezygnował z ciepłego swetra, po to by, za zaoszczędzone w ten sposób pieniądze, kupić mi prezent. 
Kochał, gdy każdy, wyrwany w bólach od rodziców grosz, wydawał na moje papierosy. 
Kochał, gdy po tym, jak uciekałam z domu, po kolejnej awanturze z matką, szukał mnie godzinami po parkach.
Kochał, gdy znosił moje fochy i humory.
Kochał też, gdy prawie całkowicie zerwał swoje kontakty z rodzicami, przez to, że mnie nie akceptowali.
Ja też go kochałam. 
Kochałam, kiedy nie przelewało się u nas w domu i rezygnowałam z części swojego obiadu po to, żeby on był syty. 
Kochałam, gdy namawiałam matkę na kupienie mu ciepłej kurtki na zimę, bo widziałam, że marznie. 
Kochałam, gdy nocami zwijał się z bólu nieleczonych z tchórzostwa zębów. 
I wtedy, gdy siedziałam z nim u dentysty, dodając otuchy jak małemu chłopcu, też go kochałam. 

Przetrwaliśmy wiele. Koniec liceum, jego kolejne nieudane prace, brak pieniędzy, moje beznadziejne studia.
Dwie rzeczy jednak stopniowo zabijały nasz związek.
Pierwsza to nieudany seks. Choćby wesołek nie wiem jak się starał i jakich konfiguracji miłosnych nie wymyślił, nasze igraszki nie sprawiały mi zbyt wiele przyjemności. Ja marzyłam o silnym brutalu w typie macho, on o dzikiej amazonce, przejmującej w łóżku prawie całą inicjatywę. Żadne z nas nie umiało sprostać wymaganiom drugiej strony.....Nic nie dawały erotyczne filmy, zabawki z sexshopu czy wyciąg z hiszpańskiej muchy. Kompletnie nie pasowaliśmy do siebie w łóżku.
Drugą rzeczą była RUTYNA. Zamiast wychodzić do ludzi, my siedzieliśmy w domu przed komputerem jak emeryci. Wesołek do dziś twierdzi, że z mojej winy. Cóż, kiedy miałam do wyboru pójście do baru lub klubu z naszymi fałszywymi znajomymi z liceum, faktycznie wolałam domowe zacisze. Granie w gry różnego rodzaju było naszą pasją i ulubionym sposobem spędzania wolnego czasu. Kupowaliśmy sobie tony słodyczy, i opychając się nimi, godzinami rozgrywaliśmy bitwy herosów. Było to jedno z moich ukochanych zajęć. 10 lat takiego relaksu to było jednak za długo......
Stopniowo nuda, jaka nas ogarniała stawała się coraz bardziej dojmująca. Mówiłam wesołkowi: "proszę Cię zróbmy coś, zanim będzie za późno! Nasz związek się sypie. Zobacz, nie jesteśmy już tacy jak kiedyś!!!". On nie słuchał. Przychodził do mnie do domu tylko po to, żeby całymi dniami wgapiać się w telewizor. Osoba, którą kiedyś bardzo obchodziłam i której zwierzałam się ze wszystkiego, co mnie boli i cieszy, powoli przestawała istnieć....

Z czasem zaczęłam dostrzegać jak bardzo, mimo swojego wybuchowego charakteru, ja dałam się wesołkowi podporządkować i od niego uzależnić. Wiecznie musiałam nosić spódniczki mini, infantylne blond loczki i znienawidzone wysokie obcasy. Byłam sztuczną laską na każde skinienie, łechtającą jego męskie ego.
Kiedy wychodziliśmy gdzieś, z reguły było to centrum handlowe, musiałam zawsze iść za rączkę tam, gdzie on mnie poprowadził. Nie wolno mi było być zbyt spontaniczną. Nie wypadało krzyczeć za głośno, śmiać się zbyt perliście, bo co ludzie powiedzą???!!! Od czasów liceum coraz bardziej zaczęła ujawniać się moja nieporadność, nieumiejętność radzenia sobie z prostymi czynnościami w życiu, które z reguły robiła za mnie mama. Wesołek przejął rolę rodzica. Cholernie go dowartościowywało, że może, a nawet nieraz musi, robić różne rzeczy za mnie. Tym razem to on czuł moc. Jego siła mnie stopniowo zabijała. Gasłam. Wiecznie poprawny, dbający o pozory, coraz mniej wrażliwy, odbierał mi spontaniczność i radość życia. Byłam więźniem, a jednocześnie panicznie bałam się samotności. Prócz niego nie miałam nikogo....

Latami znosiłam komentarze typu: "roztyłaś się", "czemu nie masz jaśniejszych włosów", "no jak Ty wyglądasz", "studia skończyłaś tylko dlatego, że ci za nie zapłacili", "szkoda, że w stosunku do innych nie jesteś taka wyszczekana", "nie pracujesz i jesteś pasożytem","nigdy nie zarobiłaś choćby złotówki", "nawet nie umiesz zrobić zakupów" i tak dalej i tym podobne. Tego typu uwagi coraz bardziej niszczyły moje, już i tak poważnie zaniżone, poczucie własnej wartości. Nie pozostawałam mu dłużna i mówiłam wiele przykrych rzeczy. Różnica jednak między nami polegała na tym, że po wesołku większość moich krytycznych uwag spływała jak po kaczce, a ja wszystko brałam do siebie i bardzo przeżywałam.
Wiele razy próbowałam to zakończyć, ale on uparcie wracał i namawiał mnie na jeszcze jedną szansę, kolejną próbę. 

Po jakichś 10 latach moja matka wyprowadziła się do swojego nowego faceta. Zostałam sama. Wesołek wprowadził się do mnie. Wtedy zaczęłam chorować na depresję. On całymi tygodniami był w pracy, czas wolny spędzając samotnie przy komputerze, a ja spałam.... Zrobił sobie ze mnie swoją praczkę, sprzątaczkę i kucharkę. Tylko do tego byłam mu potrzebna. Ja z każdym dniem spadałam coraz niżej, a on miał to gdzieś. Zaczęłam przesypiać całe dnie. Nie mogłam wstać. Pogrążałam się w smutku, a jego nie było przy mnie. Przychodził tylko w jednym celu. Po to, żeby mimo tego, że widział i słyszał, iż nie mam na to ochoty, zaciągnąć mnie do łóżka. Czułam się jak przedmiot. Zmuszałam do seksu myśląc w trakcie "Boże niech to się już wreszcie skończy". Kilka razy płakałam w trakcie. Nawet nie zauważył....
W między czasie poszłam do psychiatry i zaczęłam się leczyć. Nie miałam z kim porozmawiać o swojej chorobie. Wesołek się mnie wstydził. Wstydził się wariata i omijał ten temat szerokim łukiem. Koleżanka Fluoeksetyna po ok. miesiącu zażywania pomogła mi się od niego uwolnić. Spakowałam mu manatki i wypierdoliłam z domu. Rzadko co sprawiło mi w życiu tyle satysfakcji. Po jego wyjściu wpadłam w panikę i histerię. Zostałam sama......Sama w pustym mieszkaniu mając do towarzystwa moje dwa kochane psy rasy kundel i opakowanie Xanaxu.....

Odchorowywałam ten związek jakieś 4 lata. W między czasie, on wiele razy chciał wrócić. Nie uległam. Dałam radę i wiem, że zrobiłam dobrze. Odzwyczaiłam się od kogoś z kim spędziłam prawie połowę swojego życia. Było mi bardzo ciężko......
Dziś mimo, że spotkało mnie tyle bólu i przykrości, nie żałuję tej relacji. Bywały piękne momenty, które zachowałam w pamięci. Dociera jednak do mnie z każdym dniem coraz wyraźniej, że nasz związek to nie była żadna PRAWDZIWA miłość. Dlaczego? Może dlatego, że:

"Miłość cierpliwa jest, 
łaskawa jest. 
Miłość nie zazdrości, 
nie szuka poklasku, 
nie unosi się pychą; 
nie dopuszcza się bezwstydu, 
nie szuka swego, 
nie unosi się gniewem, 
nie pamięta złego; 
nie cieszy się z niesprawiedliwości, 
lecz współweseli się z prawdą. 
Wszystko znosi, 
wszystkiemu wierzy,
we wszystkim pokłada nadzieję, 
WSZYSTKO PRZETRZYMA"          

                                                        

                                                                                                                          
                                                                                                                               KONIEC
i oby ciąg dalszy nie nastąpił 

niedziela, 8 listopada 2015

Pokonać siebie

Witajcie moi drodzy!

Tym razem będzie zwięźle.

Filmik, który umieszczam poniżej nie wymaga zbyt wielu słów.
Każdy kto walczy z własnym lękiem na pewno doceni niesamowitą odwagę jego bohaterki.
Kiedy to oglądałam bardzo się wzruszyłam.
Zaledwie 6 minut pokazuje, że jeśli się czegoś naprawdę chce i walczy o swoje marzenia, to można je zrealizować. Jeśli i Wam po obejrzeniu nasuwają się jakieś wnioski komentujcie, chętnie posłucham.





sobota, 12 września 2015

Wzloty i upadki




WHITNEY HOUSTON "SZUKAM CIĘ"
Kiedy kładę się
Niebiosa teraz słyszą mnie
Zgubiłam się bez jakiejkolwiek przyczyny
Po oddaniu tego wszystkiego, co należało do mnie.


Przyszły burze śnieżne
I zaciemniły moje słońce
Po wszystkim tym, przez co przeszłam
Do kogo teraz mam się zwrócić? 

Szukam Cię
Szukam Cię
Gdy straciłam całą swoją siłę
To odnajduję ją teraz w Tobie.
Szukam Cię
Szukam Cię
Kiedy melodia się urwie
W Tobie odnajdę tę piosenkę
Szukam Cię.

Prawie tracę oddech
Nie ma już o co walczyć
Tonę, by już nie wzbić się ponad powierzchnię
Szukam otwartych drzwi

I każda droga, którą obrałam
Prowadzi do tego, że czegoś żałuję
I nie wiem czy mi się uda
Nie mogę zrobić nic prócz podniesienia głowy do góry

Szukam Cię
Szukam Cię
Gdy straciłam całą swoją siłę
To odnajduję ją teraz w Tobie.
Szukam Cię
Szukam Cię
Kiedy melodia się urwie
W Tobie odnajdę tę piosenkę


Moje bariery zostały złamane
Moje ściany zostały zniszczone
Waląc się na mnie

Pada deszcz 
Klęska nadchodzi
Potrzebuję Cię, byś mnie uwolnił

Zabierz mnie z dala od tej walki
Potrzebuję Cię
Niech pada na mnie Twój blask

Szukam Cię
Szukam Cię
Gdy straciłam całą swoją siłę
To odnajduję ją teraz w Tobie.
Szukam Cię
Szukam Cię
Kiedy melodia się urwie
W Tobie odnajdę tę piosenkę
Szukam Cię.


Witam Was,
nie wiem właściwie do kogo piszę, gdyż mało kto tutaj zagląda. Czy wymyślanie sobie odbiorców własnych wypocin zakrawa już na schizofrenię?. Jeśli tak to moja choroba staje się coraz barwniejsza....Super.....

Wiecie co?
Zaczynam mieć chyba ten cały optymizm głęboko w dupie! Blog w założeniu miał pomagać osobom chorującym na depresję, ale chyba nie spełni tego zadania, jeśli pisząca go osoba wciąż czuje, że znajduje się w "czarnej dupie".

Czasami zastanawiam się jakby wyglądało moje życie, gdybym widziała sens w tym co robię. Sens w chodzeniu na wolontariat, gdzie czuję się niepotrzebna i nieważna, sens w spotykaniu się z ludźmi z netu w poszukiwaniu przyjaciół - cokolwiek znaczy to słowo - a nawet sens w pisaniu tego cholernego bloga, którego prawie nikt nie czyta. Jakby to było obudzić się i powiedzieć sobie "wstawaj dziś masz dużo do zrobienia, ruszaj się czas goni, tyle zajęć przed tobą". Byłoby przyjemnie....Kiedyś kiedy jeszcze chodziłam do szkoły takie właśnie miałam poranki. Zaczynam zapominać już jak to jest mieć ten "skarb" w postaci poczucia sensu życia.

Miałam kolejny "zejściowy" tydzień a właściwie dalej mam, bo nie wiadomo czy jutro wstanę w ogóle z łóżka. Jak to zwykle w depresji bywa w nocy czuję się trochę lepiej. Mogę napisać te parę zdań. Jak się zaczęło?

Robię wolontariat w jednym z domów pomocy społecznej dla osób starszych. Prowadzę z pensjonariuszami terapię zajęciową - malujemy, wycinamy ogólnie zajęcia plastyczne. Już się trochę oswoiłam z tym miejscem, zapamiętałam parę imion, przeprowadziłam parę zajęć. Zaczynało być naprawdę fajnie. Kierowniczka zawołała mnie do siebie i powiedziała mi, że dostanę grupę 5 osób z otępieniem, która w ten dzień, gdy ja jestem wcale nie musi przychodzić do placówki. No tak od dni w których seniorzy muszą przychodzić są pracownicy, którym dodatkowo za zajęcia się płaci, a od dni tzw awaryjnych - a może komuś będzie się chciało ruszyć tyłek - jestem JA światowej klasy terapeuta zajęciowy pracujący za darmoszkę.

Taka poczułam się zajebiście doceniona po tej rozmowie, że dostałam jakiegoś ataku w drodze do domu - ponoć paniki. Nie mogłam ruszyć ręką było mi bardzo słabo,ciemno przed oczami, ledwo doszłam do domu. Potem nawrzeszczała na mnie matka, więc dostałam ataku agresji - poszedł w ruch widelec i torba podróżna oraz jakieś tam ciuchy. Następnie matka powiedziała, że mnie wyrzuci z domu i do śmierci się do mnie nie odezwie. Tego jak się poczułam cholernie nieważna po rozmowie z kierowniczką nie zrozumiała - oczywiście jak większości moich uczuć.

Potem był już tylko stan totalnej rozpaczy, brania podwójnych dawek Xanaxu i Nasenu i otępianie się ile wlezie by jak najwięcej spać. W chwili nieco wzmożonej aktywności, oczywiście w nocy, postanowiłam poszukać w necie nazw leków, które po przedawkowaniu wywołują atak serca bądź w miarę szybki zgon. Zaczęłam planować oddalenie się z tego świata - jak zwykle zabrakło mi odwagi. Następny dzień sama w domu już szykowałam się do wypicia alkoholu i połknięcia opakowania tabletek nasennych. W tle, dla podrasowania atmosfery, puściłam sobie piosenkę Whitney Houston, którą śpiewa do Boga - jedna z jej ostatnich - piękna, idealna na wieczny sen.
W końcu zaniepokojona wizją, że mogą mnie odratować i trafię do psychiatryka a wcześniej zrobią mi płukanie żołądka, zadzwoniłam z rykiem do matki i napisałam do swojego terapeuty, aby umówić się na spotkanie.

Na terapii zrobiłam z siebie żenującą ofiarę losu, a samo spotkanie nie dało rady wyrwać mnie z koszmarnego doła w jakim byłam. Później to już tylko sen, zjedzenie czegoś , sen. Dziś miałam iść z matką na saunę wypocić całe to gówno, którego się nażarłam przez ostatnie dni, ale nie dałam rady. Przed oczami robiło mi się ciemno, byłam bardzo słaba a zmuszenie się do wykonania jakiejkolwiek czynności typu ubranie się przyprawiało mnie o płacz i mdłości.

Opisałam to żebyście wiedzieli jak żyje się z depresją kiedy jest upadek. Z doświadczenia wiem że są też i wzloty, tylko tak trudno je sobie przypomnieć będąc w takim stanie.


czwartek, 13 sierpnia 2015

Burza



Witajcie,
dziś będzie mniej emocjonalnie i z większym dystansem:). Jak widać nadal żyję, moje okno pozostało nienaruszone, parapet się nie zarwał pod zbyt ciężkim tyłkiem. Niestety a może właśnie stety nie piszę tego posta z "mojej niebiańskiej pracowni - czytaj z zaświatów" tylko z ciasnego pokoju  w poniemieckiej kamienicy wymagającej stanowczego gruntownego remontu.
Pomyślicie pewnie, że nie powinno się nabijać z cierpienia a już tym bardziej z własnego. Właściwie czemu nie? Cy odrobina ironii i czarnego humoru nie przydaje się czasem w życiu?...Często bywam ironiczna - to część mojego charakteru, którą nie każdy lubi, ja jednak lubię ironię i sarkazm, więc będę je niekiedy stosować, nawet pisząc o swoim bólu i cierpieniu.

Założenie tego bloga i pisanie postów - tak aż dwóch - doprowadziło mnie do pewnego ODKRYCIA ważnego z terapeutycznego punktu widzenia.
Tak więc uwaga - werble - mam nadzieję, że czujecie to wzrastające napięcie - taaaadaaaam -  depresja potęguje z siłą huraganu nasze emocje i odczucia. Wiem brzmi niezbyt odkrywczo, ale dla mnie to naprawdę nowość. Pewnie, że piszą o tym w każdej książce o depresji, jednak jedno to czytać o czymś i niedokońca w to wierzyć a drugie to mieć dowód na samym sobie.

Do tej pory wydawało mi się, że moje odczucia względem świata i  swojej sytuacji są cały czas takie same czyli : "jestem nieszczęśliwa, nie wiedzie mi się w życiu, chcę się zabić bo nie widzę już sensu w tym wszystkim, dłużej nie wytrzymam". Zmianę takiego myślenia powodowała jedynie każda kolejna praca i związana z nią nadzieja, że teraz może być już tylko lepiej. Dotychczas według mnie takie negatywne myślenie o życiu nie wynikało wcale z choroby, na którą cierpię, tylko ze świadomości, że moja egzystencja jest po prostu tragiczna.

Aż tu nagle.....wchodzę na bloga czytam po jakichś paru dniach posta "Jedna gwiazda" i niedokońca trafia do mnie. że to ja to napisałam!!!. Oczywiście nadal mam myśli typu "chcę ze sobą skończyć, dalsza wegetacja nie ma sensu" ale z całą stanowczością nie ma w tym myśleniu już takiej dawki tragizmu i beznadziei co wówczas, gdy ta notka powstawała, a przecież moja sytuacja nie zmieniła się nawet o cal!!!Po skończeniu tego wpisu czytałam go po kilkanaście razy rycząc jak opętana a ból był naprawdę okropny. Dziś przeczytałam go i może i było mi przykro, żal samej siebie ale o 70 procent mniej niż wtedy.

O czym to świadczy? Ano o tym, że koleżanka depresja spotęgowała moje negatywne myśli i odczucia o te cholerne 70 procent, które gdyby nie jakiś głęboko zakorzeniony instynkt samozachowawczy, zapewne doprowadziłyby mnie na cmentarz, albo skazały na kalectwo do końca życia. Gwoli ścisłości mieszkam na 4 piętrze i nie jestem kotem sąsiadki, który kiedy zrypał się z parapetu złamał sobie tylko łapy, więc gdybym postanowiła "polatać" powyższe tragiczne scenariusze zapewne mogłyby się ziścić.

Odkrycie nr 2 w trakcie pisania było mi o tyle lżej, że musiałam się skupiać na tym co piszę, a to kierowało moją uwagę w nieco inną stronę. Poprawiałam błędy, redagowałam posta co pomagało mi się choć trochę uspokoić. To już dowodzi tylko świętej prawdy głoszonej we wszystkich publikacjach o depresji "człowieku znajdź sobie zajęcie".O sposobach na zorganizowanie sobie czasu wolnego napiszę nieco później, gdyż narazie staram się opanowywać tę sztukę.

Reasumując stan depresyjny zmienia Twoje myślenie, jest jak pojawiająca się nawałnica NIE WOLNO CI SIĘ JEJ PODDAĆ.
Lubisz pisać, chcesz podzielić się swoją historią? pisz bloga, pisz ile dasz radę, pisz nawet o tym że chcesz się zabić, pisz i skup się na monitorze, na literach, na swoim przekazie, a nie na oknie, żyletce czy fiolce tabletek!!!.Jeśli długo Ci nie mija a masz takowe leki - mówie o uspokajaczach - zażyj je i poczekaj. To w końcu minie a jeśli nie to napewno zelżeje!!!Czasami jest się w takim stanie, że człowiek nie ma siły na nic, wówczas trzeba ratować się farmakologią, ale jeśli dajesz radę rób cokolwiek!!!Pamiętaj - burza przeminie i wzejdzie słońce a nawet jeśli niebo pozostanie zachmurzone to chociaż przestanie padać.....
pozdrawiam Was ciepło

środa, 5 sierpnia 2015

Jedna gwiazda


No i stało się.
Depresja wróciła, czuję się tak okropnie, że mam ochotę wyć. Leżę w ciemnym pokoju,brzęczy włączony telewizor patrzę na jedną jedyną gwiazdę migoczącą na niebie za firanką i myślę sobie:" Chcę ze sobą skończyć, jestem taka zmęczona, Boże pozwól mi to skończyć".

Wspominam dobre chwile jakie przyniósł mi los, chwile gdy mogłam zakosztować NORMALNEGO życia, kiedy miałam swoją ukochaną pracę, gdy otaczali mnie ludzie.
Wspominam swoją pracownię plastyczną - zwykłą klitkę z odrapanymi ścianami, którą dyrektorka w jednej z instytucji w których pracowałam pozwoliła mi urządzić. Dla kogoś obcego to "takie nic" - dla mnie to był cały świat.

Wspominam dzieci z którymi pracowałam w innym miejscu, życie jakie tętniło we mnie gdy byłam wśród nich. Czułam się wtedy komuś naprawdę potrzebna.

Wspominam chorych psychicznie ludzi z którymi los pozwolił mi popracować tylko trzy miesiące. Lepszych ludzi nigdy nie spotkałam. Staje mi przed oczami twarz jednej kobiety. Miała na imię Ela i jakieś sześćdziesiąt lat. Na początku w ogóle nie mogłam zrozumieć co mówi taka ta jej mowa była niewyraźna. Ela - upośledzona w stopniu umiarkowanym pensjonariuszka domu pomocy- miała dobrą, kochaną twarz a gdy się uśmiechała ciepło robiło się człowiekowi na sercu. Lubiła bliskość drugiego człowieka, lubiła się do MNIE przytulać. I widzę tą twarz,tą szczerą pomarszczoną twarz i myślę "Może nie żyjesz już Elu przyjdź po mnie bo jestem taka zmęczona.  Pójdziemy razem".

Od roku nie mogę znaleźć pracy. Mam studia wyższe i dwie podyplomówki a teraz przyjdzie mi zaczynać wolontariat bo pracy dla mnie nie ma a do sklepu na kasę nie pójdę - zwyczajnie nie dałabym rady. Wiecie co, mam 31 lat ale chyba nie mam już siły. Marzę żeby odejść i trafić do "swojego nieba" gdzie są ze mną ci których spotkałam gdy przez chwilę byłam szczęśliwa. Siedzimy w odrapanej pracowni i malujemy. Będąc tam wiem, że już nic złego mnie nie spotka, ani bezrobocie, ani depresja, źli ludzie nie przyjdą i nie wyrządzą mi krzywdy. Nic się nie stanie bo w moim niebie jestem bezpieczna Już na zawsze...... Zaraz potem myślę "wejdź na parapet i skocz a będziesz w swoim niebie. Tylko się odważ!". Mam poczucie że to co dobre już mnie spotkało i nie warto już na nic więcej czekać bo limit mojego szczęścia się wyczerpał. Nikt nie potrafi mi pomóc, jestem sama...Czy kiedy to przeczytasz podasz mi dłoń?...

czwartek, 16 lipca 2015

Początek

Witam Was,
dziś jest dzień w którym WRESZCIE wzięłam się za pisanie tego bloga. Przychodzi mi to z trudnością i czuję lekkie zdenerwowanie. Uczucie to towarzyszy mi bardzo często z winy choroby, na którą leczę się od lat. Zawsze, kiedy przychodzi mi zrobić coś nowego, towarzyszy mi niepewność ,co utrudnia mi życie. 

Od pewnego czasu postanowiłam zmienić swoją marną egzystencję i ten blog stanowi część tej zmiany. Jest dla mnie bardzo ważne, aby kogoś zainteresowała moja historia, a internet, póki co, to jedyna ku temu droga. Bardzo brakuje mi zainteresowania ze strony innych ludzi i pewnie jak wiele osób chorujących na depresję czuję się poprostu bardzo samotna. Niezależnie od tego kim jesteśmy każdy z nas jest "istotą społeczną". Możemy być bardziej lub mniej towarzyscy, bardziej lub mniej przebojowi, jednak większości z nas potrzebny jest drugi człowiek. 

W moim życiu mimo że nie jestem całkiem sama - mieszkam z matką - nie ma kogoś, kto w moim odczuciu byłby mną zainteresowany. Kiedy mówię o swojej chorobie, o tym jak się czuję i co mi dolega, zarówno moja matka jak i były chłopak szybko zmieniają temat. To straszne, że po 8 latach walki z chorobą, twoi bliscy nawet nie potrafią jej zrozumieć. Wiele razy mówiłam wprost jak się czuję, że zwyczajnie "mam doła", zero energii, boję się wyjść z domu albo nawet wstać z łóżka, jest mi duszno i serce mi wali albo mam ochotę coś rozwalić, zniszczyć. Zazwyczaj matka patrzy na mnie wtedy, jak na totalnego dziwaka i szybko każe łykać leki uspokajające, zamiast ze mną o tym pogadać. Były chłopak natomiast, zmywa się z mojego życia i czeka, aż będę w lepszym stanie psychicznym, gdyż spędzanie wolnego czasu z chodzącym zombie mu nie odpowiada i psuje jego, wiecznie wg mnie sztuczny,świetny nastrój. Jedyna koleżanka jaką mam, również przez jakiś czas się nie odzywa. Widok mnie zapłakanej i histeryzującej zwyczajnie ją odstrasza. To święta prawda, że ktoś kto nie miał nigdy depresji jej nie zrozumie, jednak bardzo ważne jest wsparcie bliskich, którego w moim przypadku często po prostu nie ma albo jeśli chodzi o matkę choroba zwyczajnie przeszkadza mi je dostrzec (w przypadku byłego obiektywnie rzecz biorąc wsparcia brak). 

Chciałabym poprzez pisanie tego bloga po prostu poczuć, że nie jestem SAMA i pokazać innym, że oni ze swoim problemem, bo zapewne będą tu zaglądać osoby z depresją, również nie są sami. Będę starała się umieszczać pozytywne wpisy, fragmenty książek, które mi pomagają i uczą mnie pozytywnego myślenia. Nie chcę żeby było to miejsce, gdzie będę tylko wyrzygiwać swoje problemy, choć pewnie i takie wpisy się zdarzą. To ma być miejsce, które komuś pomoże oraz kogoś zainteresuje, nauczy czegoś. Oczywiście może się zdarzyć, że porzucę tego bloga, bo zabraknie mi wytrwałości, a często mam słomiany zapał. Mam jednak nadzieję, że się uda, a przynajmniej SPRÓBUJĘ. 

To ważne, żeby próbować różnych rzeczy. Kto tego nie robi, nie rozwija się i stoi w miejscu. Ostatnie stwierdzenie pada z ust do niedawna kompletnej pesymistki, więc jednak da się zmienić myślenie, czego życzę każdemu, kto choruje na depresję bądź jest po prostu nieszczęśliwy w życiu. Na koniec jedna z moich ulubionych piosenek. Z dedykacją dla tych, którzy o siebie walczą i chcą żyć bez względu na chorobę i inne przeciwności losu :)

pozdrawiam Was ciepło,