niedziela, 5 czerwca 2016

Szklany anioł



- "No i jak Ci się podoba ta kobieta?"- zagadnęła mnie matka, kiedy wracałyśmy do domu z pierwszej sesji z nową terapeutką.
- "A tam mamo, taka sama jak one wszystkie! Jakaś taka bez wyrazu!".
- "Nie, no mnie się podoba, brzmiała z sensem!".
- " Dobra, mamo nie ględź, będę do niej chodzić, w końcu gdzieś muszę..." - stwierdziłam z kwaśną miną, jak zwykle ze wszystkiego niezadowolona.
Godzinę wcześniej przed drzwiami swojego gabinetu powitała nas ładna, szczupła i nieco roztargniona niewiasta w okularach i błękitnym szalu. Zapomniała kluczy i nie miałyśmy jak dostać się do środka. Przypadek sprawił, że nam się udało, co skwitowała żartobliwym "to znak". Zabrzmi tandetnie, ale dziś już wiem, że to los postawił ją na mojej terapeutycznej drodze...

Dwie rzeczy przesądziły o tym, że tam zostałam. Pierwszą było użycie przez nią, na jednej z pierwszych naszych sesji, słowa PROSZĘ. "Proszę, czy możesz w ten sposób o sobie nie mówić"  powiedziała szczerze zmartwiona. Te słowa wbiły mnie w fotel. "Jak to?! Siedzi przede mną kobieta, która jest kimś! Ma tytuł doktora nauk medycznych, wykłada na wyższej uczelni, wydała książkę i pewnie ma kupę kasy, a prosi o coś takie zero jak ja??? Takie zapłakane nic, załykujące się psychotropami, siedzące w domu na utrzymaniu matki!!! Niebywałe...".  Drugą rzeczą była piękna cecha jaką u niej dostrzegłam. Mojej terapeutce, kiedy opowiadam jej coś przykrego ze swojego życia, szklą się oczy. Widać wtedy u niej autentyczne wzruszenie, którego nie zaobserwowałam jeszcze u żadnego innego terapeuty! Kiedy tak się dzieje, czuję się w epicentrum wszechświata! I choć trwa to tylko kilka chwil, w tym właśnie momencie mam poczucie, że ktoś mnie naprawdę słucha i rozumie!

Wygląd raczej intelektualistki, spokojny, kojący głos , młoda, delikatna twarz bez grama makijażu...Długo wydawało mi się, że to anioł w ludzkiej postaci. Kryształowy anioł bez skazy, który nigdy nie powie, ani nie zrobi niczego dla mnie przykrego. Cóż... pomyliłam się. Na jednej z sesji wkurwiłam ją do tego stopnia, że oczy płonęły jej jak pochodnie... Zobaczyłam drugą stronę. Potrafiła być zimna, obojętna, a nawet bezczelna! Pomnik ze szkła, który wzniosły moje wyobrażenia i nadzieje rozpadł się na miliony drobnych kawałków! Wyszłam z jej gabinetu z pełnym przeświadczeniem, że już nigdy tam nie wrócę! Wróciłam i dostałam lekcję. Dama w błękicie nie tylko ku mojemu zaskoczeniu zdecydowała się na kontynuowanie terapii z "niewygodnym klientem", ale i przeszła nad wszystkim do porządku dziennego. Nie chowała urazy i traktowała mnie tak, jakby nasze spięcie, w ogóle nie miało miejsca.

Doceniam wiele jej cech. Bardzo podoba mi się intelekt i to, że dyskutuje ze mną, aż do momentu, gdy brak mi już argumentów na to, jakie to moje życie nie jest beznadziejne. Szalenie zaskakuje mnie etyka jaką kieruje się w pracy. Nie pyta o nazwiska, nie ciągnie za język jeśli waham się, aby powiedzieć jej o czymś bardzo osobistym. Moja poprzednia terapeutka często przytaczała przykłady z życia swoich klientów, damy w błękicie nawet nie miałabym śmiałości o to pytać... Jest świetnym strażnikiem tajemnic, dlatego wiem, że mogę powiedzieć jej o wszystkim i nigdy nic nie wyjdzie poza drzwi jej gabinetu. Rozmowa z nią nie przypomina kawki z koleżanką, czuwa, żebym mówiła na temat i maksymalnie wykorzystuje dany nam czas. Jednocześnie uwielbiam, kiedy zdarza jej się wychodzić z roli statecznej pani psycholog. Gdy śmieje się szczerze z moich żartów, lub samej siebie. Gdy ekspresyjnie podnosi do góry kciuki na znak, że jest ze mnie dumna...

Na Boże Narodzenie postanowiłam zrobić jej niespodziankę. Ręcznie wykonałam drewniane pudełeczko i świąteczną bombkę. Chciałam, żeby ten prezent był na tyle osobisty, aby wiedziała, że jest tylko dla niej. Pomalowałam szkatułkę na kolor błękitu i przyozdobiłam cytatami, które ją inspirowały. Całość tworzyłam przez parę dni. Włożyłam w to bardzo wiele pracy i serca. Najciekawsze jest jednak to, że mimo, iż mam takie zdolności i lubię rękodzieło, nigdy wcześniej NIKOMU niczego nie zrobiłam... Nawet własnej matce... Wiedziałam, że przekraczam granicę, a ona jako profesjonalistka, może podarku nie przyjąć. Wiedziałam jednak, że jeśli jest jak mi się zdawało dobrym człowiekiem, nie odmówi. Nie pomyliłam się. Odpakowywała mój prezent jak dziecko i zaszkliły jej się oczy... Kiedy umieściła wpis na temat tego podarku na swoim blogu, już byłam pewna, że ten gest dla niej coś znaczył. Może mniej niż dla mnie, tego nie wiem. Wiem jednak, że było warto...

Prawdą jest, że nagięła dla mnie zasady jeszcze parę razy. Doceniam każdy z nich i myślę, że gdyby nie nasz kryzys, każdą jej uprzejmość traktowałabym jako coś co mi się należy. Prawda jest jednak taka, że ona wcale niczego nie musi. Płacę jej za sześćdziesiąt minut, a wszystko co jest "poza" to jej dobra wola. Ale czy tylko? Myślę, że nie... To co jest "poza" sprawia, że jest w moich oczach po prostu ludzka. Jest ludzka, kiedy wychodzi z roli intelektualistki i ku mojemu zachwytowi mówi "kurwa mać" ! Jest ludzka, kiedy  nie siedzi sztywno, tylko kręci się na fotelu i gestykuluje! Jest ludzka, kiedy ma odwagę przyznać się, że sama leczyła się na depresję i również wtedy, gdy ma gorszy dzień i wygląda jak po paru nieprzespanych nocach, też jest ludzka...

Jej jedynej spośród szesnaściorga znawców ludzkiej psychiki, udało się stworzyć ze mną więź. Jej jedynej udało się sprawić, że mimo, iż poczułam się zraniona, odrzucona i kompletnie nieważna, wróciłam na terapię i zeszłam ze swojego piedestału. Piedestału, na który wzniosły mnie dwa wpierane mi przez całe dzieciństwo hasła: duma i ambicja!

Kiedyś byłam wobec niej nachalna, słałam smsy i coraz bardziej przekraczałam granice... Teraz jednak nie musi się już obawiać mojej natarczywości. Choć jest dla mnie bardzo ważna i często w dni takie jak ten, gdy czuję się bardzo samotna, tęsknię do kontaktu z nią, wiem, że przestrzeganie pewnych zasad jest koniecznością, aby terapia była terapią. Życie jednak jak to sama kiedyś powiedziała pisze różne scenariusze. Jeśli przyszłoby mi kiedyś do głowy odebrać sobie życie, chciałabym, żeby niezależnie od tego czy jest wierząca czy nie, nagięła ostatni raz zasadę i stanęła obok mojej matki na moim pogrzebie...

poniedziałek, 23 maja 2016

Gra pozorów


Tym razem  nie będzie optymistycznie... 
Krótką chwilę zajęło mi podjęcie decyzji czy umieścić tutaj ten wpis. Zdecydowałam się na to, ponieważ myślę, że chociaż w tej przestrzeni mogę pozwolić sobie na autentyczność! Na szczerość z Wami i samą sobą...

Jest dziś jeden z tych dni, kiedy po prostu nie mam ochoty żyć...  Wyświechtane...wiem. Tak bardzo dziś siebie nienawidzę, że tą nienawiścią wypełniłabym cały ocean. 

Marzę, żeby być kimś innym...Wyglądać inaczej, mówić inaczej, myśleć inaczej...
Marzę, żeby już nikt nigdy nie skrytykował mojej koszmarnej figury, żeby już nikt nigdy nie oceniał jakiejkolwiek wykonanej przeze mnie pracy! Marzę, żeby odkleić sobie od ust ten cholerny sztuczny uśmiech małej dziewczynki i żeby nikt ode mnie już niczego nie chciał!!! Mam ochotę wrzasnąć "ludzie, czy wy nie widzicie jak cierpię?! jak jest mi źle? nie widzicie, że czasami trudno mi wstać z łóżka i się wykąpać, zrobić kolejny krok w drodze do pracy, kontynuować z wami wymuszoną gadkę o wszystkim i niczym!!! Czemu mnie nie słyszycie?!".

Jestem więźniem... Więźniem pozorów, wymuszonych uśmiechów i konwenansów. A strażnikiem... jestem ja sama. Mogę uciekać przed ludźmi, ale przed sobą nie ucieknę. Nigdzie... Nikt nie jest w stanie mi pomóc, a sama sobie nie potrafię... Nie mam już siły i nie chcę tak żyć! 
Przemawia przeze mnie choroba? I co z tego?! Faktem jest, że potwornie się męczę... Sama ze sobą...

Wczoraj widziałam na fecebooku zdjęcie mojego byłego chłopaka w grupie nowych znajomych. Siedzieli na trawie na pikniku... Poczułam taką straszną złość i zawiść, że przelękłam się samej siebie. On żyje i całkiem nieźle się bawi, a ja jestem taka SAMOTNA. Taka cholernie samotna, że aż żałosna. I nie ma komu wypełnić tej pustki...

Dziś jest straszny dzień. Dzień w którym chciałabym się nałykać leków i po prostu odejść... Odejść tam, gdzie niczego już nie będzie... Tam gdzie nie ma udawania i nie trzeba się na siłę uśmiechać...
To najsłabszy z moich wpisów, ale tego wieczora nie mam siły na więcej. Przepraszam Was... Przepraszam każdego, kto się skusi i to dno przeczyta...

poniedziałek, 16 maja 2016

Wysokie obcasy


"No tak i znowu jestem w czarnej dupie" - pomyślałam z goryczą siedząc na zimnej kanapie, oczywiście czarnej barwy, w poczekalni jednej z prywatnych przychodni terapeutycznych. Łzy popłynęły mi do oczu. "Boże, tak bardzo nie chce mi się żyć, a jeszcze mam o tym opowiadać jakiejś obcej babie! Pewnie kolejna psychiczna bardziej ode mnie... Co mam zrobić? Może by tak uciec stąd? Oszczędzić sobie kolejnego upokorzenia! Oszczędzić sobie kolejnej opowieści o tym jaka jestem beznadziejna!". Następne 30 minut oczekiwania na sesję przepłakałam, gapiąc się na wiszącą na ścianie plazmę. Parę minut później przyszła po mnie drobna blondynka po czterdziestce. I od tego wszystko się zaczęło...

"Co panią do mnie sprowadza?"- spytała. Wywaliłam z siebie lekko pochlipując, że depresja, że nie mam siły wstać z łóżka i że...mam myśli samobójcze. Ku mojemu zaskoczeniu blondynka nic nie zanotowała, nie posiadała nawet kartki! Szybko wyrwała mnie z żałosnego zawodzenia, mówiąc konkretnym, energicznym głosem "kiedy Pani tak leży po ciemku i ma te myśli samobójcze niech Pani włączy telewizor!". To stwierdzenie szybko wytrąciło mnie z otępienia. "Że co?" - spytałam zaskoczona. "No niechże Pani włączy radio, telewizor, cokolwiek. Bodźce słuchowe pomagają, żeby się na takich myślach nie skupiać!". Wstała dziarsko i podeszła do stojącej w rogu tablicy. Mówiła coś o jakichś sinusoidach rysując diagramy, o tym, że powinnam mieć plan dnia od godziny do godziny, żeby tak bezczynnie nie leżeć itd. itp. Ja w tym czasie połowy słuchałam, a połowę uwagi przeznaczyłam na baczną obserwację swojego nowego terapeuty. Czułam, że trafiłam na kogoś u kogo pobędę dłużej niż dwie sesje!  Czułam, że to wreszcie to! Stała przede mną ładnie uczesana, elegancko ubrana, dojrzała kobieta. Miała ładne buciki na wysokim obcasie! Energiczna, żywiołowa, konkretna, mówiąca z sensem, dająca rady! Od razu mi się poprawiło...
Na drugiej sesji dostałam pierwsze w życiu zadanie domowe! Miałam narysować trzy rysunki w domu. Pomyślałam sobie "kiedy zacznę robić coś konkretnego typu rysowanie, wypisywanie, cokolwiek NAMACALNEGO na pewno wyzdrowieję...". Chętnie przychodziłam więc na kolejne sesje. Kiedy blondynka interpretowała moje rysunki, wszystko co mówiła było prawdą! Do tej pory nie wiem jak to robiła, ale była w tym jakaś odrobina magii. Dostawałam kolejne zadania typu wypisywanie pozytywnych cech - trudne jak diabli, pisanie listu do matki itp... Czułam, że odrabiam lekcje, które zamiast dobrej oceny przyniosą mi spokój ducha, równowagę psychiczną i szczęście...

Podobało mi się w jaki sposób ta kobieta ze mną rozmawia. Było swobodnie, a jednocześnie czułam doping i wsparcie. Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów byłam przez kogoś chwalona! Pojechała po całości moją matkę i jej obecnego partnera, z którym zmuszona byłam mieszkać. Nie zostawiła suchej nitki na moim ówczesnym chłopaku. Wszyscy na około byli źli, a to ja byłam ta dobra! Nareszcie! Jakże mnie to cieszyło! Zaczęłam wierzyć w to, że wcale nie jestem takim cholernym zerem, co znacznie wzmacniało moje poczucie własnej wartości! Niestety, zaczęłam wierzyć również i w to, że ludzie, którzy mnie otaczają są beznadziejni i pozbawieni jakichkolwiek zalet... Dla osoby narcystycznej, którą niestety jestem, takie podejście było bardzo szkodliwe. Utwierdzało mnie bowiem w przekonaniu, że wina zawsze leży po stronie wszystkich innych, a ja jestem czysta jak łza...
Ponadto blondynka nie przebierała w słowach wypowiadając się o osobach, jakby nie było, mi najbliższych. Bardzo podobał mi się luz jaki wprowadzała do naszego kontaktu, ale już nieco mniej nazywanie mojego chłopaka zerem z racji tego, iż  nie posiada wyższego wykształcenia i pracuje na stacji benzynowej. Kiedy usłyszałam, że nie powinnam zachodzić w ciążę biorąc psychotropy, bo urodzę cytuję potwora zaczęłam się porządnie niepokoić. Nie odpowiadały mi, aż tak "ostre teksty", kłócące się często z moim światopoglądem! Po kilku sesjach przestałam więc do niej przychodzić. Jak czas później pokazał kolejne kryzysy, jakie pojawiały się w moim życiu, za każdym razem stawiały mnie przed drzwiami jej gabinetu. Czemu akurat jej? Bo mimo wad była jedynym terapeutą, który przypominał żywego człowieka, a nie cholerną, beznamiętną mumię!

Nasz terapeutyczny romans z każdym kolejnym spotkaniem nabierał coraz większych rumieńców...
Było na przykład kilka takich sytuacji, które powodowały, że blondynka stopniowo traciła zyskane u mnie punkty.
Poddana zostałam na przykład relaksacji, podczas której, miałam wyobrażać sobie "pełne ciepła i energii uzdrawiające źródło mocy"...W trakcie, zamiast się ogrzewać, byłam spięta jak jasna cholera i porządnie zaniepokojona faktem, iż kazano mi siedzieć z zamkniętymi oczami! Codziennie miałam za zadanie odsłuchiwanie opowiadanej przez nią bajki terapeutycznej o dziewczynce z indiańskiego plemienia, którą nagrałyśmy na mój telefon...co uważałam za dziwne i głupie. Któregoś razu nakazała mi też, stanąć na postawionym na środku gabinetu, drewnianym krzesełku... zaraz przy krawędzi... Nie pamiętam co to miało na celu, ale mało się nie spierdoliłam... Dość ciekawym jej pomysłem był też list do koleżanek z pracy, który kazała mi napisać, abym mogła wylać z siebie żal i złość...Wszystko szło nieźle do momentu, w którym nie stanęłam z kartką i zapałkami pod swoim oknem. Jak radziła, podpaliłam zapiski, tyle że, zrobiłam to z takim namaszczeniem, iż w środku nocy zmuszone byłyśmy gasić wraz z matką płonącą jak żagiew zasłonę.... Kolejny list radziła pisać do byłego chłopaka... tak, tego zera ze stacji benzynowej... Tym razem nie miałam już używać zapałek! Ulżyło mi nawet, dopóki nie usłyszałam, że dla odmiany mam iść na cmentarz i zakopać kartkę przy grobie mężczyzny o tym samym imieniu... Obawiając się kary boskiej za bezczeszczenie grobów oraz ścigających mnie zza światów zmarłych, z tej metody już nie ośmieliłam się skorzystać... W końcu, kiedy wróciłam do niej po raz setny po dłuższej przerwie, stwierdziła, że coś jest nie tak, że mi się  nie poprawia i istnieje ryzyko, że tak jak jedna z jej pacjentek....uwaga.... MAM RAKA MÓZGU. Na tej sesji była akurat wyjątkowo ze mną moja matka. Ona mało nie dostała zawału, a ja wyszłam z gabinetu z pełnym przeświadczeniem, że jestem śmiertelnie chora i niedługo umrę... Dziś mnie to bawi, w ten dzień byłam w takim szoku, że siedziałam wieczorem pod prysznicem i szorowałam pięty pumeksem prawie do krwi, bo ubzdurałam sobie, że jak mają mnie pochować to z gładkim naskórkiem... Na jednej z ostatnich wizyt dla odmiany dowiedziałam się, że moja agresja do przedmiotów, a konkretnie rzucanie popielniczkami i kubkami, skończy się tym, że w końcu kogoś zabiję... Najbardziej jednak ze wszystkiego, zrażały mnie jej obietnice bez pokrycia. Nie przynosiła obiecanych książek, nie wysyłała obiecanych maili. Na odpowiedź smsową trzeba było czekać parę dni, a na jednego maila nie odpowiedziała wcale, tłumacząc się popsutą skrzynką...

Wiecie, najlepsze w tym wszystkim  jest to, że mimo wielu dziwactw tej kobiety i nieraz komicznych sytuacji, których byłam udziałem, czułam, że ktoś po prostu ze mną jest. Czułam, że ktoś może i chce mi pomóc. Niejeden raz, kiedy było mi bardzo ciężko, wsłuchiwałam się w tą głupią, nagraną przez nią bajkę. Bajkę o dziewczynce, która zgubiła drogę w życiu... Słuchałam cichego, spokojnego głosu i czułam przy sobie jej obecność... Jeden z niewielu terapeutów, którzy ze mną rozmawiali... Dla których byłam człowiekiem, a nie tylko psychologicznym obiektem.
Dziś wspominam ją nieco z uśmiechem, nieco z sentymentem. Trochę wariatka, z ciętym językiem, niedotrzymująca dawanych mi obietnic. Nade wszystko kobieta silna i bardzo barwna. Nikt z was widząc jej zgrabną sylwetkę, wysokie obcasy i blond loki nie podejrzewałby nawet, że kupę lat walczyła z rakiem i ma amputowaną pierś. Te dwa fakty, które mi kiedyś w zwykłej rozmowie wyjawiła sprawiają po dziś dzień, że mam do niej bardzo wiele szacunku i cieszę się, że stanęła na mojej terapeutycznej drodze. Na tej samej drodze po paru latach stanął jednak ktoś jeszcze. Ktoś komu bardziej mogę zaufać i kto znaczy dla mnie jeszcze więcej... Ktoś kto szanuje ludzi bez względu na ich wykształcenie, orientację seksualną czy wyznawaną religię...ale to już zupełnie inna historia...

czwartek, 24 marca 2016

Terapeuci


Nawiązując do mojego ostatniego posta - "nigdy w życiu" nie spodziewałabym się, że zajrzy na tego bloga tak wielu z Was! Uwierzcie mi, naprawdę jestem w szoku. Dostaję maile, moje wypowiedzi są cytowane na facebooku, a pewna znajoma mi osoba poleciła niedawno komuś mój ostatni wpis. Dziękuję bardzo każdemu, kto poświęcił swój czas na odwiedzenie tej strony! To dla mnie naprawdę bardzo wiele znaczy...
Z racji tego, iż wzrosło zainteresowanie moją terapią, a konkretnie tym, co też takiego robię, że wreszcie zaczęłam myśleć bardziej pozytywnie, chciałabym podzielić się z Wami swoimi doświadczeniami w tym temacie...

Było ich szesnastu. Szesnaścioro różnych ludzi i osobowości, którym dane było usłyszeć historię mego "nieszczęsnego" żywota.
Przed pierwszym spotkaniem, siedząc na drewnianym krzesełku w poczekalni, miałam wrażenie, że zaraz zemdleję. Byłam zażenowana, a nade wszystko czułam ogromny lęk. Wstydziłam się powiedzieć komukolwiek o tym, że nie mam przyjaciół, żyję na utrzymaniu matki, mój ojciec ma mnie w dupie, a długoletni związek w którym jestem to fikcja. Nie wiedziałam co mnie czeka za wielkimi drewnianymi drzwiami... Kiedy wybiła moja godzina weszłam niepewnie do ponurego, tonącego w cieniu, pokoiku. Podejrzewam, że miało tam być nastrojowo...W moim odczuciu jednak, właśnie znalazłam się w grobie! Na środku gabinetu stały dwa czarne, skórzane fotele, a pomiędzy nimi stolik, wyposażony w żółtawą, posępną lampkę i wielką pakę chusteczek higienicznych. Widząc te chusteczki od razu pomyślałam, że w tym miejscu ludzie tylko siedzą i płaczą... Miałam ochotę zwiać!
Pierwszą rzeczą w wyglądzie nowej terapeutki, która od razu zwróciła moją uwagę...uważajcie....były BUTY. To śmieszne, jak taki drobiazg może wpłynąć na nasz odbiór drugiej osoby! Płaskie, czarne czółenka, wyglądające jak obuwie do trumny, znakomicie dopełniały reszty ponurego stroju, w który przywdziana była, siedząca na przeciw mnie, kobieta koło czterdziestki. Nie jestem pustakiem i zdaję sobie sprawę z tego, że wygląd nie świadczy o człowieku. Kobieta ta jednak, w żaden sposób nie nadrabiała, całego tego pogrzebowego nastroju, swoim intrygującym sposobem bycia. Była chłodna i zdystansowana... Obojętna... Skrzętnie notowała wszystko co mówię, zadając kolejne pytania o mój życiorys. Nie było żadnego dialogu między nami. Żadnej interakcji... Tylko ehe, aha, yhy... Wyszłam wściekła i jeszcze bardziej sfrustrowana, niż tam weszłam! Po trzech sesjach, jedyne czego się o sobie dowiedziałam to to, że mam lęk przed dorosłością. Ta jakże odkrywcza wiadomość, kosztowała mnie czterysta złotych i kilka niemiłych wspomnień! Później bywałam w wielu podobnych gabinetach... Wyczytałam gdzieś, że ten "chłód" jest charakterystyczny dla terapii psychodynamicznej... Terapeuta nie może okazywać emocji, a wnętrze nie powinno rozpraszać nadmiarem bodźców. Może komuś podobna opcja odpowiadała, ja - typowy lękowiec - w takim otoczeniu czułam się jakbym zaraz miała odwiedzić zaświaty... Po tym doświadczeniu na długo zrezygnowałam z terapii. Myślałam, że leki mi wystarczą i rozwiążą wszystkie moje problemy... Kiedy pogorszyło się do tego stopnia, że znów nie potrafiłam normalnie funkcjonować, zapukałam do kolejnych drzwi...

Jedną z następnych, testowanych przeze mnie terapeutek została moja była wykładowczyni z uczelni. Kiedyś, jeszcze za czasów studenckich, usłyszałam od niej, że bardzo gratuluje mi zaliczenia prowadzonej przez siebie terapii tańcem. Kiedy spytałam dlaczego, powiedziała, że zauważyła jak wiele wysiłku kosztowało mnie uczestnictwo w psychologicznych zajęciach ruchowych w kole. Pomyślałam wówczas, że musi być świetnym psychologiem, skoro odkryła coś, co tak skrzętnie ukrywałam przed światem! Trafnie dostrzegła mój lęk przed ludźmi... Pełna nadziei i przekonania, że niewiasta ta na pewno mnie uzdrowi, umówiłam się z nią mailowo na spotkanie. Prawie na wstępie usłyszałam, że jestem W TAK ZŁYM STANIE, że powinnyśmy spotykać się co najmniej dwa razy w tygodniu! Uznała widać, że moje bezrobocie, nie stanowi większej przeszkody w podwojeniu płatności, a informacja o tragicznym stanie zdrowia bardziej mi już nie zaszkodzi... Jakoś przełknęłam kolejne mądrości, które przez dwie sesje mi wygłaszała, kiedy jednak poczęstowana zostałam gadką o negatywnych energiach, ludzkich przeczuciach i poczcie pantoflowej funkcjonującej pomiędzy pracodawcami w moim mieście, przelała się czara goryczy. Doszłam do wniosku, że ta pani pomyliła psychologię z ezoteryką i bardziej nadaje się na wróżkę niż na psychoterapeutę. Obraz osoby kompetentnej i wykształconej, który zbudowała sobie w moich oczach w trakcie studiów, prysł jak bańka mydlana! Swoją drogą, kobieta ta, musiała sporą ilość swoich klientów "czarować" z częstotliwością dwa razy w tygodniu, gdyż jako jedyną z zacnej szesnastki, stać ją było na bajerancką maszynkę do drukowania paragonów... Moje poszukiwania trwały dalej...

Raz trafiła mi się istna specjalistka od higieny snu. Młoda, bardzo chłodna, siedząc w kolejnym posępnym gabinecie, na kolejnym posępnym fotelu, potęgowała tylko moją depresję. Nie znając kompletnie, ani mnie, ani moich problemów, radziła mi, bym w trakcie kolejnej nieprzespanej nocy, leżała do rana gapiąc się w sufit. Trzeba przyznać, że była odważna, proponując leżenie godzinami w ciszy i ciemnościach osobie, która ma myśli samobójcze i powinna robić wszystko byle się na nich tylko nie skupiać! U tej pani byłam tylko raz!

Później miałam również przyjemność odwiedzić psychoterapeutkę, która ma świetne noty na portalu znany lekarz i plasuje się naprawdę wysoko, jeśli brać pod uwagę opinie w internecie. Tym razem na drugiej wizycie usłyszałam, dla odmiany, że JESTEM ZUPEŁNIE ZDROWA. Wybitnej specjalistki wcale nie zaniepokoił fakt, że od paru lat leczę się psychiatrycznie, pocięłam sobie rękę, a kiedy weźmie mnie fantazja snuję plany jak ze sobą skończyć!!! Poradziła mi, żebym "uwolniła swoje wewnętrzne dziecko" i "zrobiła sobie imprezę"! Tak...naprawdę... To był chyba najgorszy i najbardziej niekompetentny spec do jakiego trafiłam! Dziwnym zbiegiem okoliczności pozytywne opinie o niej pojawiają się do dziś na portalu znany lekarz z częstotliwością równiusieńko raz w miesiącu! Widać, bardzo zależy jej na rozgłosie i wstawia je sobie sama...

Jednym z moich ostatnich psychologów został dla odmiany mężczyzna, którego polecił mi mój obecny psychiatra. Trzeba przyznać, że był on szalenie punktualną osobą... Z racji tego, że pojawiłam się u niego pół godziny przed czasem, kazał mi czekać na klatce schodowej - nie posiadał czegoś takiego jak poczekalnia. Przetrzymał mnie na korytarzu pół godziny, po czym zaprosił do małego, śmierdzącego stęchlizną pokoiku zawalonego książkami. Widocznie, kiedy ja siedziałam na schodach odmrażając sobie tyłek, musiał dokończyć lekturę jakiejś pasjonującej psychologicznej książki... W każdym razie, pan ten był świetnym doradcą zawodowym. Wzburzony faktem, że mam problem ze znalezieniem pracy, radził mi - lękowcowi - abym z impetem wpadała do biur dyrektorów ze swoim życiorysem w garści. Kiedy zwróciłam mu uwagę na to, że żaden szef nie siedzi w gabinecie bez pilnującej go gorliwie sekretarki, usłyszałam, że mam być pewna siebie i kłamać, że przyszłam w sprawie prywatnej... Z kolejnych porad zawodowych już nie skorzystałam!

Dobra, starczy. Powyżej opisałam Wam kilku moich psychologów. Byli i inni u których spędzałam jedną, góra dwie sesje. Z racji ilości, tych mniej barwnych osobistości już nawet nie pamiętam... Dwie najistotniejsze dla mnie terapeutki zasługują na osobne odsłony, które dodam wkrótce. Dziś chciałam Wam tylko pokazać jak różni mogą być terapeuci...oraz ich gabinety! Podczas opisywania nie podarowałam sobie charakterystycznej dla siebie dawki ironii i sarkazmu. I tu dochodzimy do momentu, w którym napiszę coś, co przed terapią by się tutaj nie znalazło. Uważam, że część z osób u których szukałam pomocy, nie sprawdzało się w tym zawodzie... Części jednak, nie dałam szansy... Czasami zbyt szybko rezygnowałam! Jeśli jesteście w trakcie poszukiwania kogoś dla siebie nie zrażajcie się po jednej czy dwóch wizytach! Szukajcie psychoterapeuty, który będzie WAM odpowiadał i z którym będziecie się czuli jak najswobodniej. Nie kierujcie się opiniami z internetu! Doświadczajcie, testujcie i nie rezygnujcie! Pamiętajcie jednak - psychologowie to też ludzie, którzy mogą się mylić i mieć wady. Jeśli ma się za sobą tak jak ja szesnastu specjalistów, istnieje ryzyko, że może to my sami liczymy na zbyt wiele... Bądźcie czujni wobec czyjejś niekompetencji, ale nie oczekujcie, że jakikolwiek certyfikat da ludziom, takim samym przecież jak wy, boską moc uzdrawiania duszy...


                                         

piątek, 11 marca 2016

Nigdy w życiu!


"Chciałabym schudnąć, ale nie pójdę na siłownię! Nigdy w życiu! Tam są tylko szczupłe, wysportowane, seksowne laski....".
"Iść na saunę?! Nago??? Nie, no jakiś żart! To miejsce dla jakichś psychopatów i ekshibicjonistów! Kurczę ciekawi mnie jak tam jest.... ale nie, nie pójdę i koniec!".
"Śpiewanie karaoke? Kurczę niby fajna zabawa.... ale nie dla mnie.... Fałszuję tak potwornie, że ludzie pękliby ze śmiechu słysząc jak zawodzę! Nigdy w życiu!".
"Za granicą przemówić po angielsku? nie nigdy! Mój angielski brzmi jak miks rosyjskiego z niemieckim akcentem w ustach arabskiego poganiacza wielbłądów! Wstydzę się i koniec!".
"Boże, wszędzie się gubię, moja orientacja w terenie jest tak koszmarna, że ledwo nauczyłam się drogi ze szkoły do domu! Gdyby przyszło mi być przewodnikiem jakiejkolwiek grupy osób, poprowadziłabym wszystkich na pewną śmierć. Dobrze, że nigdy nie będę musiała tego robić...".
"Praca z ludźmi?! Nie, nigdy w życiu! Najlepiej w jakimś biurze przy przekładaniu papierów, byle jak najmniej spontaniczności i kontaktu z drugim człowiekiem! Tak jest bezpieczniej...".
"Nigdy nie nauczę się pływać! Boję się wody i już! Nie nauczyłam się jako dziecko to tym bardziej nie da rady mając prawie 30 lat...".
"O mój Boże! Zmieniłam kolor włosów i są prawie rude! Jak ja teraz wyglądam! Będą zaraz złośliwie komentować w szkole. Będą gapić się na ulicy! Jutro wrócę do starego blondu! Wszystko, byle się tylko nie wyróżniać...".
"Iść do psychologa?! Rozmawiać o swoich prywatnych sprawach z kimś obcym?! Nigdy w życiu!".
"Prowadzić bloga? A po co? Nikt nie będzie tego czytał, nie mam talentu do pisania! Czy bym chciała? No tak, chciałabym...gdybym umiała pisać!".

Starczy Wam? Mi chyba już starczy tej wyliczanki przeświadczeń, którymi się karmiłam przez lata. Im dłużej choruję na depresję, tym częściej zastanawiam się, dlaczego akurat mnie to spotkało? Tyle bólu, tyle cierpienia... Od jakiegoś czasu nieco inaczej postrzegam swoją chorobę. Zaczynam widzieć jak bardzo zmieniło się moje życie, dzięki temu, że dane mi było sięgnąć dna. Dzięki chorobie jestem dziś innym człowiekiem. Po części spowodowały to leki, które ośmieliły mnie do wielu odważnych zachowań. Po części przemianę zawdzięczam własnej desperacji i przekonaniu, że nie pożyję na tym świecie za długo, więc póki tutaj jestem, chciałabym jeszcze paru rzeczy spróbować. Po prawie 9 latach leczenia powyższe przemyślenia możemy zamienić na poniższe.

"Byłam na siłowni. Pełno tam babek z nadwagą. W końcu chodzi się tam głównie po to, żeby schudnąć. Nikt nie zwrócił na mnie uwagi, bo wszyscy byli zajęci wyciskaniem siódmych potów".
"Chodzę na saunę! Uwielbiam to! Od jakiegoś czasu całkiem nago! Pełno tam golasów z brzuchami, nikogo to nie dziwi...To nie jest wybieg, a strefa relaksu przeznaczona dla każdego, niezależnie od sylwetki!".
"Lubię śpiewać karaoke, choć fakt fałszuję strasznie... Cóż, dzieciaki z którymi to robiłam, a niedawno starsze osoby niekiedy śpiewały gorzej ode mnie. Nikt się ze mnie nie śmiał, choć ja z siebie trochę!".
"Byłam na Łotwie na międzynarodowym zjeździe młodzieży jako opiekun kilkorga nastolatków. Fakt, mówię bardzo słabo, ale kiedy trzeba umiem się odezwać. Paroma słowami, ale dogadałam się, a rozumiałam prawie wszystko co do mnie mówili!".
"Byłam z dziećmi na wielu wyjściach w teren bez większej znajomości topografii mojego miasta. Nieco krążyliśmy w drodze do celu, ale trafiliśmy do każdego".
"Praca w biurze?! Wolę umrzeć! Lubię prowadzić zajęcia. Kocham nieformalną atmosferę wszelkich miejsc typu domy opieki. W grupie ludzi, którzy dobrze się przy czymś bawią, czuję że żyję, a jeśli ten powód do radości wymyśliłam ja...czuję, że żyję po coś".
"Umiem pływać. W wieku 28 lat poszłam na kurs i co prawda idzie mi tylko w pozycji na plecach, ale przemieszczam się w środowisku wodnym, a z racji sylwetki mam całkiem niezłą wyporność! Kiedy kazali skakać na głęboką wodę robiłam to, a byli tacy, którzy nie potrafili się odważyć".
"Miałam na głowie już wszystkie kolory włosów. Ostatnio niebieski, obecnie różowy. Podoba mi się bycie innym od reszty i nie wierzę, że to piszę, o dziwo, starszym osobom, które kojarzą się z dewocją i kościelnymi pieśniami, podobają się moje włosy".
"Jestem w regularnej terapii od prawie roku. Wcześniej moich jęków wysłuchiwało jeszcze 16 terapeutów. Nie mam jakichś większych problemów z uzewnętrznianiem się. Nabieram zaufania do mojej psycholożki, mimo kryzysu jaki miałam po drodze. Dużo pracy przede mną, ale nie rezygnuję!".
"Jak widać piszę. Lepiej, gorzej, częściej, rzadziej. Raz wejdzie na bloga jedna osoba, raz więcej. Niedługo minie ponad pół roku od pierwszego postu. Mam swoją przestrzeń, która kogoś obchodzi! Podnosi mnie to na duchu".


Gdybym nie zachorowała, pewnie do dziś wielu rzeczy zwyczajnie bym nie spróbowała. Najgorzej jest mieć na coś ochotę, a nie mieć na to odwagi. Chciałabym jeszcze więcej! Dopóki jest czas i możliwość. Dopóki nie położy mnie znowu do łóżka! A kiedy mnie położy, poleżę tydzień czy dwa, a później wstanę! Wstanę po to, żeby udowodnić sobie i światu, że moje "nigdy w życiu" to gówno prawda!


Czasem po prostu musisz skoczyć – tak
Wyskoczyć i po prostu poczuć wiatr – tak
Jesteś silniejszy niż sądzisz
Jesteś!
Czasami to po prostu będzie bolało– tak
Ale będziesz żył i uczył się w trakcie – tak
Jesteś silniejszy niż sądzisz
Jesteś nie do zatrzymania!





niedziela, 6 marca 2016

Kosmita


Ostatnia kłótnia z moją matką.
- Mamo, mam tego dość!!! Dlaczego karzesz mi udawać na tym cholernym wolontariacie zawsze jakieś choroby, kiedy nie jestem w stanie tam pójść z powodu depresji?!! Dlaczego ja nie mogę im po prostu powiedzieć, że się leczę i co jakiś czas mam takiego doła, że przez tydzień nie jestem w stanie wstać z łóżka!!! Co w tym takiego strasznego? Czy to, że chodzę do psychiatry zaraz musi oznaczać, że jestem wariatem, który kiedy się tylko odwrócisz zaatakuje cię jakimś ostrym narzędziem???!!!
- No czy ty jesteś normalna? Nie możesz im powiedzieć!!! Będą cię obgadywać, ludziom się nie ufa!!! Myślisz, że będą ci współczuć??? Chcesz, żeby mieli cię za wariata? Nigdy nie dostaniesz tam pracy!!! Myślisz, że ktoś cię zatrudni jak będzie wiedział, że nie jesteś w stanie wstać z łóżka!!!
- Ale mamo, chorych ludzi też się zatrudnia. Czemu nie trzeba ukrywać chorego serca albo raka!!! Wiem czemu.... Chorzy na wszystko prócz głowy są przecież NORMALNI. Mają prawo chorować, a nas to tylko wsadzić w kaftan i do psychiatryka!!! Czuję się jakbym ukrywała jakiś mroczny sekret. Czuję się jak.....jak kosmita!!!

Jedna z wizyt u mojej psychoterapeutki.
- Chciałabym przestać udawać. Powiedzieć ludziom, na co choruję. Czuję się kimś gorszym! Mam ochotę wykrzyczeć całemu światu MAM DEPRESJĘ!!! Chciałabym, żeby ludzie mnie po prostu akceptowali taką jaką jestem, a choroba to część mnie....
- Rozumiem cię i twoją potrzebę mówienia o tym, to jednak nie jest najlepszy pomysł. Ludzie myślą stereotypami... Będą cię postrzegać przez pryzmat depresji...

Mamy XXI wiek. Geje biorą śluby, lesbijki adoptują dzieci. W pobliskim markecie często widuję wykładowcę z uniwersytetu, który nosi spódniczkę i buty na obcasie. Eurowizję wygrała moja ukochana Conchita Wurst, a ojciec Kim Kardashian zmienił płeć i jest niezłą laską. W telewizji słyszymy coraz częściej o chorobach psychicznych gwiazd. Catherine Zeta-Jones ma CHAD, Whitney Houston była uzależniona od benzodiazepin, które pomogły również zejść z tego świata Michaelowi Jacksonowi. Jakiś czas temu, między innymi z powodu depresji, życie odebrał sobie wspaniały aktor Robin Williams. Badania pokazują, że w 2030 roku depresja będzie najczęściej występującą chorobą na świecie!

Jak to jest, że mimo tego wszystkiego dolegliwości psychiczne nadal stanowią temat tabu? 
Jak to jest, że tymi przemyśleniami mogę podzielić się tylko z Wami, a nie na wolontariacie pijąc poranną kawę? 
Tutaj mogę być sobą! I choć wiem, że ci którzy radzą mi nie mówić w pracy, o tym, że się leczę psychiatrycznie, robią to z troski, narasta we mnie złość! Mam ogromne poczucie braku akceptacji!!!
Współczuję każdemu z Was, kto czuje się podobnie jak ja, niezależnie od tego na jaką chorobę psychiczną cierpi. Żal mi każdego kosmity, który musi udawać na tej planecie.....

A na koniec, osoba poniżej nie musi udawać i to jest naprawdę piękne.....

                                                        

wtorek, 2 lutego 2016

Małe cuda


Wyobraź sobie małą, ciasną salkę zastawioną stołami i krzesłami na których siedzą starsze, zagubione osoby. 
Ludzie z łagodnym i umiarkowanym otępieniem, chorobą Alzheimera, którzy mają niewielkie pojęcie w temacie używania kleju, pędzli, farb i pozostałych przyborów plastycznych wszelkiej maści. Każdy się denerwuje. Temu brakuje farby, komuś innemu kleju, tamten zgubił pędzel, a jeszcze ktoś inny upuścił z impetem nożyczki w takie miejsce, z którego trudno będzie je wydobyć. W sali znajdują się też trzy studentki. Zamiast pomagać podopiecznym rozsiadły się wygodnie i czekają, aż prowadzący im również poda wszystkie przedmioty niezbędne do pracy! Jedna z nich to delikatna, wysublimowana blondynka, której już za samą autoprezentację ma się ochotę wsadzić nożyczki w dupę....

Spory tłum jak dla was? Dla mnie też.... To ja jestem prowadzącym.... Stoję na środku i pieprzę jakieś bzdury o tym co po kolei zrobić, aby nieszczęsny bałwanek, którego robimy, pozostał bałwankiem, a nie stał się na przykład wielkanocnym zającem....
Wiecie, zapomniałam wspomnieć, że w sali jest jeszcze trzech panów z kamerami i pan dźwiękowiec, który przykłada mi do twarzy mikrofon na długim statywie i czeka, aż powiem coś mądrego. Nienawidzę tłoku i ekspozycji społecznej, na którą bądź co bądź wyraziłam zgodę podpisując umowę zlecenie!

Konfrontuję się z własnym lękiem. Wewnątrz krzyczę "zabierzcie mnie stąd", na zewnątrz jestem uśmiechnięta, usłużna. Atmosfera w sali panuje fatalna, ludzie pod okiem kamery stresują się, nie chcą pracować. Zaczynają wychodzić z sali. Zbieram ich wszystkich w salonie i wciąż pod okiem kamer staram się nawiązać z nimi kontakt. Pytam, co chcieliby robić na zajęciach plastycznych, co dziś im się nie spodobało, gadam jak najęta. Wokół mnie cisza.... każdy w swoim świecie, w końcu stwierdzają, że było ok. Ja zaś wiem, że było okropnie, czuję, że kolejną rzecz w swoim życiu spieprzyłam....

Zajęło mi trochę czasu przeciwstawienie się kolejnym negatywnym, destrukcyjnym myślom, które podsuwa mi moja zaburzona psychika. Pomogła mi terapeutka i kierowniczka, do której prawie z płaczem zadzwoniłam do Austrii. Już chciałam rezygnować z zajęć....

Zobaczcie, ile osiągnęłam prowadząc te zajęcia. 
Przede wszystkim dałam radę wyjść z domu do ludzi. Dałam radę opanować dużą grupę chorych osób plus trzy niezbyt zdrowe na umyśle studentki. Dałam radę stojąc na środku zatłoczonej sali mówić o czymś czego inni słuchali. Po pewnym czasie przestałam nawet zauważać te kamery. Nie uciekłam, nie zemdlałam, nie dostałam zawału. Dałam radę!!!! Ja, osoba z podejrzeniem fobii społecznej, która parę lat temu nie mogła sama zrobić zakupów. Ja, która parę lat temu nie umiałam skorzystać z rozkładu jazdy autobusów. Ja, która zamknęłam się w domu i siedząc w ciemnościach marzyłam, żeby umrzeć....
Niedawno dostałam telefon: "Słuchaj jesteśmy z drugą koordynatorką projektu chore, możesz nas zastąpić przez dwa dni? Powierzyłybyśmy to Karolinie, ale ty wydaje mi się masz więcej charyzmy".
Zatkało mnie, ale przyjęłam propozycję. Podczas zastępstwa byłam trochę nadgorliwa i zestresowana, ale nic złego się nie stało. Wszyscy przeżyli..... Dałam radę!!!!

Jeśli siedzisz teraz w ciemnym pokoju i myślisz o tym jak odebrać sobie życie, przeczytaj mój post jeszcze raz i uwierz, że zwykłym szarym ludziom takim jak ty czy ja też zdarzają się małe cuda. I pamiętaj, że póki żyjesz wszystko jeszcze jest możliwe......