niedziela, 8 listopada 2015

Pokonać siebie

Witajcie moi drodzy!

Tym razem będzie zwięźle.

Filmik, który umieszczam poniżej nie wymaga zbyt wielu słów.
Każdy kto walczy z własnym lękiem na pewno doceni niesamowitą odwagę jego bohaterki.
Kiedy to oglądałam bardzo się wzruszyłam.
Zaledwie 6 minut pokazuje, że jeśli się czegoś naprawdę chce i walczy o swoje marzenia, to można je zrealizować. Jeśli i Wam po obejrzeniu nasuwają się jakieś wnioski komentujcie, chętnie posłucham.





sobota, 7 listopada 2015

Księżniczka


"Wszystkie dzieci nasze są" Majki Jeżowskiej brzmiące w głośnikach na dużej sali gimnastycznej przystrojonej błyszczącymi ozdobami z papieru. Mnóstwo małych dzieci podskakujących wesoło w rytm muzyki. Trwa szkolny bal klas 1 - 3. Na środku sali, ubrana w balową sukienkę w srebrnej koronie na głowie, stoi ładna długowłosa dziewczynka - typowa mała miss. Wokół niej grupka chłopców kłóci się zażarcie, który będzie mógł z nią zatańczyć. Ona śmieje się wesoło kokieteryjnie potrząsając włosami. Myślicie, że to ja nią jestem?

Otóż niestety moi drodzy to nie ja, ale ja też tam jestem. Siedzę pod ścianą w długiej "kiecy" jak dla starej baby, bez korony, choć niby też jestem przebrana za księżniczkę. Mama stwierdziła, że korona mi niepotrzebna - fakt żadne nakrycie głowy nie odwróciłoby uwagi od mojej jakże oryginalnej kreacji. Jestem obrażona na cały świat i obserwuję z zazdrością małą miss. Nie mam ochoty bawić się z innymi dziećmi i myślę tylko o tym "dlaczego wokół niej stoi wianuszek chłopców a mnie żaden nie poprosił do tańca". Tak upływa mój pierwszy szkolny bal. Obiecuję sobie, że za rok, ja też będę wyglądała jak prawdziwa księżniczka.

Mija rok. Kolejny szkolny bal. Dźwięki jakże popularnej w tamtych czasach lambady niosą się po sali. Mała miss w tej samej sukience i koronie tańczy z najprzystojniejszym chłopcem w klasie. Ja też tam jestem. Tym razem mam na sobie śliczną nową sukienkę. Znowu jednak podpieram ścianę a obok mnie ani jednego chłopca. Jakaś dziewczynka chwyta mnie za ręce i ciągnie na parkiet. Idę niechętnie. Cały czas myślę "Sukienka nie pomogła, jestem brzydka, nigdy nie będę taka jak ona". Jest mi przykro. Mała miss staje się moim obiektem zazdrości na kolejne parę lat, podczas których jest najpopularniejsza wśród rówieśników, zostaje wybrana dwukrotnie miss szkoły i przewodniczącą zarówno klasy jak i szkolnego samorządu. Z każdym jej sukcesem moje poczucie wartości maleje, bo jak to możliwe że ja nie jestem tą pierwszą, najładniejszą i najbardziej docenianą? Co jest ze mną nie tak?!

Mijają lata. Tym razem szkolna wycieczka w drugiej klasie liceum. Górskim szlakiem idzie nastolatka. Choć teren niesprzyjający ma na sobie kozaczki na obcasach, pełen makijaż i szminkę na ustach mimo, że pada deszcz. Myślicie, że to ja nią jestem?

Otóż niestety moi drodzy to nie ja, ale ja też tam jestem. Ciągnę się na samym końcu wycieczki w glanach i szarawej kurtce a postawą przypominam "kalwaryjskiego dziada". Myślę sobie "Jak ona to robi, że tak świetnie wygląda, laska z niej a ja jestem.... taka..... brzydka i zaniedbana". Kolejny obiekt zazdrości powoduje, że zmieniam swój wygląd. Farbuję włosy na blond, zaczynam nosić niewygodne obcasy i spódniczki mini. Mężczyźni oglądają się za mną na ulicy. Tym razem powinnam być już dowartościowana. Wyobraźcie sobie, że wcale nie!. Nie czuję się atrakcyjna, bo nie wyglądam tak jak ona. Nie jestem NIĄ i we własnych oczach nadal jej nie dorównuję. Ona i tak wygląda lepiej, jest popularniejsza, sto razy bardziej przebojowa i ma lepsze stopnie. Nauczyciel języka polskiego, będący dla mnie wielkim autorytetem, mnie nie zauważa i ocenia przeważnie na tróje a ją wychwala pod niebiosa i stawia jej wiecznie piątki. Karze jej przechadzać się po sali, żeby pokazać nam jak świetnie się dziś ubrała. Do jasnej cholery co jest ze mną nie tak?!.

Dziś z perspektywy czasu wiem już co.
Chciałam być zawsze NAJ. Wciąż porównywałam się z innymi. Widziałam masę zalet w kimś a niewiele w sobie. Myślałam, że przebranie na bal, obcasy czy spódniczka mini pozwolą mi prześcignąć obrany przeze mnie ideał a wystarczyło tylko zmienić myślenie. Chłopcy z mojej szkoły podstawowej nie byli wyrocznią dziewczęcej atrakcyjności, mogłam ich olać i bawić się dalej beztrosko z koleżankami. Nauczyciel języka polskiego nie był nieomylnym wybitnym znawcą polskiej literatury, może ktoś inny moje pisane po nocach wypracowania oceniłby na piątkę.
Każdy z nas jest INNY, nie ma lepszych czy gorszych. Nie budujmy swojego poczucia własnej wartości na zdaniu napotkanych osób. Jeden nas doceni, inny skrytykuje i to tylko od nas zależy, którą opinię weźmiemy sobie do serca. Nie pozwólcie, żeby ludzie, którzy nie są wcale od was lepsi wpływali na to co o sobie myślicie!

Na zakończenie z nieskrywaną przyjemnością pragnę nadmienić, że mała miss się roztyła, a laska z górskiego szlaku od nadmiaru tapety postarzała o jakieś dwadzieściapięć lat i wygląda jak moja matka, co i tak nie zmienia faktu, że zawsze była "pusta jak bęben", miała "siano w głowie" a teraz od tych kozaczków na obcasie napewno ma haluksy.....

sobota, 17 października 2015

Pigułki szczęścia


"Ze mną jest wszystko w porządku to tylko zachwiana równowaga chemiczna w mózgu". Dziewięć lat na antydepresantach bez przerwy. Bardzo długi czas byłam zwolenniczką farmakoterapii. Nie wiem czy dalej jestem, biorąc pod uwagę jak się czuję.

Teraz zażywam Fluoeksetynę - sławny w USA Prozac i mój organizm szaleje mimo. że byłam już na tym leku kilkukrotnie. Jedyne co mi się kojarzy ze stanem, jaki przechodzę to - ja pierniczę zabrzmi to idiotycznie - transformacja w wampira. Poważnie. Jakbym nabierała jakichś nadnaturalnych zdolności. Widzę barwy wyraźniej, czuję zapachy bardziej intensywnie, smak mi się zmienia. Najgorsza jest potworna irytacja i mrowienie w dłoniach, które mi przeszkadza w zrobieniu czegokolwiek. Mdli mnie jakbym była w ciąży, nadmiernie się pocę. System nerwowy po prostu siada. Miałam wczoraj taki moment, że nie mogłam ruszyć rękoma, jak gdyby organizm mi się po prostu zaciął! Nie było to spowodowane stresem, tylko działaniem tej super zbawiennej serotoniny. Może i jestem wariatem (włączył się nadmierny krytycyzm - w porównaniu z ludźmi z psychiatryka jestem tylko zaburzona) ale to co się teraz ze mną dzieje jest winą tylko i wyłącznie tabletek szczęścia. Powinno minąć za jakiś czas. Nie całkowicie, ale chociaż o połowę. 

Jedynym momentem kiedy czuję się normalnie to kilka minut pobytu w lodowatej wodzie, kiedy jestem w saunie. Wówczas, gdy moje ciało zamarza nie mam tej kretyńskiej nadwrażliwości na bodźce. Polecam wszystkim "psychicznym" się przełamać i poczuć to hardcorowe uczucie nieważkości kiedy to rozgrzany do czerwoności organizm zanurza się w lodowatej wodzie. Najlepiej zanurkować i z wstrzymanym oddechem wytrzymać kilka sekund. Bardzo odświeżające uczucie - bolesne też, ale odrobina masochizmu jeszcze nikomu nie zaszkodziła - to stwierdzenie nie dotyczy cięcia się :P.

Kiedy pierwszy raz zaczęłam brać Prozac też czułam się fatalnie. Warto jednak nadmienić, iż po jakimś miesiącu zażywania miałam cudowny wzlot. Pamiętam jak wybrałam się z matką i byłym chłopakiem do centrum handlowego. Podobało mi się wtedy dosłownie wszystko co zobaczyłam na wystawie, nawet kolor gówna zdawał się cudownie miodowy. Zagadywałam ekspedientki, nie miałam najmniejszego problemu z kupieniem czegokolwiek. Do tej pory podczas robienia zakupów odczuwałam lęk, nie cierpiałam tego wręcz. Wówczas nic, czysta radość ze zwykłego oglądania ciuchów! Zniknęły moje problemy z orientacją w terenie, wreszcie wiedziałam gdzie jestem i nie bałam się, że się pogubię między półkami. Rozsadzało mnie uczucie szczęścia a problemy nie istniały. Później minęło i znormalniało.

Mam dziś kłopot ze skupieniem się na tym poście, z ubraniem myśli w słowa. Pisanie mnie drażni. Zresztą jak wszystko. Płodząc to chciałam pokazać zalety i wady antydepresantów, ale chyba mi nie wyszło. Mętne to wszystko ale zostawię. Wkońcu mam prawo mieć lepszy i gorszy dzień, czyż nie?

środa, 14 października 2015

Czerwony fotel


Dwa czerwone fotele, kiepsko pomalowana ściana za tym na którym jakieś pół roku temu usiadła ONA. Właściwie to ona już tam była a to ja pojawiłam się na swoim miejscu. Miejscu KLIENTA. Rozpoczęłam terapię w nurcie Gestalt.

Początkowo ONA wydała mi się dosyć nijaka, podobna do innych psychoterapeutów u których byłam kilka razy, ostatecznie rezygnując z myślą "szkoda pieniędzy". Szlak mnie trafiał, kiedy za każdą kolejną sesję przyszło mi zostawiać JEJ na biurku stówę, ale polubiłam JĄ jako osobę a właściwie swoje wyobrażenie o NIEJ, bo tak naprawdę pojęcia nie miałam jaka jest naprawdę. Słyszałam z JEJ ust "nie jesteś sama", "przejdziemy przez to razem", "wiem że jest Ci ciężko".

Na początku byłam sceptyczna a wszystkie miłe słowa, które od NIEJ słyszałam traktowałam jako próbę polepszenia mi nastroju, po to bym za tydzień wróciła ja i stówa z portfela mojej matki. Stopniowo jednak zaczęłam czuć się bezpiecznie, nabrałam zaufania. Miałam nieodparte przeczucie, że trafiłam na naprawdę dobrego człowieka, któremu nie jest obojętny los innych ludzi. Dodatkowo JEJ wykształcenie, tytuły jakie miała, sposób wypowiadania się i często trafne spostrzeżenia, które rzucała niby od niechcenia, utwierdzały mnie w przekonaniu, że to psychoterapeuta idealny dla mnie.

Nawet się nie spostrzegłam, kiedy stała się dla mnie kimś cholernie ważnym. Stała się czymś na wzór przyjaciółki, starszej siostry, może nawet matki. Kimś kto mnie wysłucha, pocieszy i da ciepło drugiego człowieka, którego mi tak potwornie brakowało. Zrobiłam straszny błąd traktując JĄ w ten sposób i przekraczając granice. Momentem kulminacyjnym było zaproszenie JEJ do znajomych na Facebooku. Zmieniła zdjęcie profilowe. Wyglądała na nim tak ładnie i dziewczęco, że mimo, iż wcześniej widziałam jej profil i był mi obojętny tym razem skusiłam się.

Wyjątkowo łatwo przyszło JEJ sprowadzić mnie na ziemię. Zaproszenia nie przyjęła. Poinformowała mnie bardzo rzeczowo, że tylko po zakończeniu terapii i okresie karencji możliwe jest jakiekolwiek utrzymywanie kontaktów towarzyskich podkreślając "jeśli obie strony tego chcą", powiedziała też jasno "ja nie jestem Twoją koleżanką".Te słowa odbiły się w mojej głowie szerokim echem i choć wiem, że to prawda wolałabym ich nigdy nie usłyszeć. Wcześniej mogłam pisać do NIEJ smsy, zawsze odpisywała, dodawała mi otuchy, czułam że mam do kogo się zwrócić. Po tym kiedy wysłałam JEJ wiadomość że wzięłam dużo leków i bardzo źle się czuję - zabroniła tej formy kontaktu ograniczając ją tylko do umówienia się na spotkanie. Zagroziła również, że jeśli dostanie następnego takiego smsa, wzięła to chyba za informowanie jej o próbie samobójczej, zadzwoni pod 112. Głównie nie zapomnę słów "jeśli chcesz się zabić zrób to ale ja nie chcę o tym wiedzieć" - kolejny tekst, który prawie mnie sparaliżował. Na koniec sesji usłyszałam dla kontrastu "życzę Ci naprawdę dobrego życia, może nawet Tobie bardziej niż innym moim klientom".

Ostatnia nasza sesja była koszmarem, wytrzymałam 30 minut i zrezygnowałam. Poszłam tam z nadzieją, że choć trochę poprawi się moje samopoczucie a usłyszałam "zafiksowałaś się na tym, żeby znaleźć pomoc, nie czekaj, aż ktoś Cię uratuje, bo to nie nastąpi. Musisz uratować się sama". Kilkukrotnie ONA pytała mnie czy na pewno chcę terapii, jakby czekała, aż zrezygnuję i pozbędzie się natręta, wrzodu na tyłku, śmiecia. Zdenerwowana takim podejściem spytałam, czy mam wyjść a w odpowiedzi usłyszałam "rób co chcesz w końcu jesteś dorosła".

Stało się dla mnie najgorsze co mogło się stać. Po raz kolejny ktoś mnie odrzucił. Minęło już trochę czasu, a ja czuję się jakbym miała żałobę. Jakby odszedł ktoś mi drogi, cenny, "mój anioł". Moja psychoterapeutka zmieniła do mnie podejście i nie będzie już taka jak była wcześniej. Zawiniłam bo "pokochałam" nierzeczywisty obiekt, który stworzył mój przesiąknięty psychotropami mózg i choć zdaję sobie z tego sprawę jest mi tak cholernie źle. Może gdyby to był ktoś inny znienawidziłabym go życząc wszystkiego najgorszego, ale jakoś JEJ nie potrafię. Boję się tego co jeszcze od NIEJ usłyszę, boję się JEJ chłodu, dystansu, który się pojawił, czuję nawet niechęć przed spotkaniem, choć o dziwo dalej JĄ lubię. Przede wszystkim czuję żal...Żal po stracie.....

Ta kobieta to mój siedemnasty psychoterapeuta i choć z anioła stała się w pewnym sensie mym katem nie odpuszczę słyszycie??? Nie rzucę tej pieprzonej terapii, mimo że, gdy tam idę, jest mi tak strasznie głupio i wstyd. Stawie temu czoła. Nadejdzie jeszcze taki dzień, kiedy zejdę z tego cholernego czerwonego fotela wolna od lęku i swoich demonów a wtedy szczęście będzie już tylko na wyciągnięcie ręki......

sobota, 12 września 2015

Wzloty i upadki




WHITNEY HOUSTON "SZUKAM CIĘ"
Kiedy kładę się
Niebiosa teraz słyszą mnie
Zgubiłam się bez jakiejkolwiek przyczyny
Po oddaniu tego wszystkiego, co należało do mnie.


Przyszły burze śnieżne
I zaciemniły moje słońce
Po wszystkim tym, przez co przeszłam
Do kogo teraz mam się zwrócić? 

Szukam Cię
Szukam Cię
Gdy straciłam całą swoją siłę
To odnajduję ją teraz w Tobie.
Szukam Cię
Szukam Cię
Kiedy melodia się urwie
W Tobie odnajdę tę piosenkę
Szukam Cię.

Prawie tracę oddech
Nie ma już o co walczyć
Tonę, by już nie wzbić się ponad powierzchnię
Szukam otwartych drzwi

I każda droga, którą obrałam
Prowadzi do tego, że czegoś żałuję
I nie wiem czy mi się uda
Nie mogę zrobić nic prócz podniesienia głowy do góry

Szukam Cię
Szukam Cię
Gdy straciłam całą swoją siłę
To odnajduję ją teraz w Tobie.
Szukam Cię
Szukam Cię
Kiedy melodia się urwie
W Tobie odnajdę tę piosenkę


Moje bariery zostały złamane
Moje ściany zostały zniszczone
Waląc się na mnie

Pada deszcz 
Klęska nadchodzi
Potrzebuję Cię, byś mnie uwolnił

Zabierz mnie z dala od tej walki
Potrzebuję Cię
Niech pada na mnie Twój blask

Szukam Cię
Szukam Cię
Gdy straciłam całą swoją siłę
To odnajduję ją teraz w Tobie.
Szukam Cię
Szukam Cię
Kiedy melodia się urwie
W Tobie odnajdę tę piosenkę
Szukam Cię.


Witam Was,
nie wiem właściwie do kogo piszę, gdyż mało kto tutaj zagląda. Czy wymyślanie sobie odbiorców własnych wypocin zakrawa już na schizofrenię?. Jeśli tak to moja choroba staje się coraz barwniejsza....Super.....

Wiecie co?
Zaczynam mieć chyba ten cały optymizm głęboko w dupie! Blog w założeniu miał pomagać osobom chorującym na depresję, ale chyba nie spełni tego zadania, jeśli pisząca go osoba wciąż czuje, że znajduje się w "czarnej dupie".

Czasami zastanawiam się jakby wyglądało moje życie, gdybym widziała sens w tym co robię. Sens w chodzeniu na wolontariat, gdzie czuję się niepotrzebna i nieważna, sens w spotykaniu się z ludźmi z netu w poszukiwaniu przyjaciół - cokolwiek znaczy to słowo - a nawet sens w pisaniu tego cholernego bloga, którego prawie nikt nie czyta. Jakby to było obudzić się i powiedzieć sobie "wstawaj dziś masz dużo do zrobienia, ruszaj się czas goni, tyle zajęć przed tobą". Byłoby przyjemnie....Kiedyś kiedy jeszcze chodziłam do szkoły takie właśnie miałam poranki. Zaczynam zapominać już jak to jest mieć ten "skarb" w postaci poczucia sensu życia.

Miałam kolejny "zejściowy" tydzień a właściwie dalej mam, bo nie wiadomo czy jutro wstanę w ogóle z łóżka. Jak to zwykle w depresji bywa w nocy czuję się trochę lepiej. Mogę napisać te parę zdań. Jak się zaczęło?

Robię wolontariat w jednym z domów pomocy społecznej dla osób starszych. Prowadzę z pensjonariuszami terapię zajęciową - malujemy, wycinamy ogólnie zajęcia plastyczne. Już się trochę oswoiłam z tym miejscem, zapamiętałam parę imion, przeprowadziłam parę zajęć. Zaczynało być naprawdę fajnie. Kierowniczka zawołała mnie do siebie i powiedziała mi, że dostanę grupę 5 osób z otępieniem, która w ten dzień, gdy ja jestem wcale nie musi przychodzić do placówki. No tak od dni w których seniorzy muszą przychodzić są pracownicy, którym dodatkowo za zajęcia się płaci, a od dni tzw awaryjnych - a może komuś będzie się chciało ruszyć tyłek - jestem JA światowej klasy terapeuta zajęciowy pracujący za darmoszkę.

Taka poczułam się zajebiście doceniona po tej rozmowie, że dostałam jakiegoś ataku w drodze do domu - ponoć paniki. Nie mogłam ruszyć ręką było mi bardzo słabo,ciemno przed oczami, ledwo doszłam do domu. Potem nawrzeszczała na mnie matka, więc dostałam ataku agresji - poszedł w ruch widelec i torba podróżna oraz jakieś tam ciuchy. Następnie matka powiedziała, że mnie wyrzuci z domu i do śmierci się do mnie nie odezwie. Tego jak się poczułam cholernie nieważna po rozmowie z kierowniczką nie zrozumiała - oczywiście jak większości moich uczuć.

Potem był już tylko stan totalnej rozpaczy, brania podwójnych dawek Xanaxu i Nasenu i otępianie się ile wlezie by jak najwięcej spać. W chwili nieco wzmożonej aktywności, oczywiście w nocy, postanowiłam poszukać w necie nazw leków, które po przedawkowaniu wywołują atak serca bądź w miarę szybki zgon. Zaczęłam planować oddalenie się z tego świata - jak zwykle zabrakło mi odwagi. Następny dzień sama w domu już szykowałam się do wypicia alkoholu i połknięcia opakowania tabletek nasennych. W tle, dla podrasowania atmosfery, puściłam sobie piosenkę Whitney Houston, którą śpiewa do Boga - jedna z jej ostatnich - piękna, idealna na wieczny sen.
W końcu zaniepokojona wizją, że mogą mnie odratować i trafię do psychiatryka a wcześniej zrobią mi płukanie żołądka, zadzwoniłam z rykiem do matki i napisałam do swojego terapeuty, aby umówić się na spotkanie.

Na terapii zrobiłam z siebie żenującą ofiarę losu, a samo spotkanie nie dało rady wyrwać mnie z koszmarnego doła w jakim byłam. Później to już tylko sen, zjedzenie czegoś , sen. Dziś miałam iść z matką na saunę wypocić całe to gówno, którego się nażarłam przez ostatnie dni, ale nie dałam rady. Przed oczami robiło mi się ciemno, byłam bardzo słaba a zmuszenie się do wykonania jakiejkolwiek czynności typu ubranie się przyprawiało mnie o płacz i mdłości.

Opisałam to żebyście wiedzieli jak żyje się z depresją kiedy jest upadek. Z doświadczenia wiem że są też i wzloty, tylko tak trudno je sobie przypomnieć będąc w takim stanie.


czwartek, 13 sierpnia 2015

Burza



Witajcie,
dziś będzie mniej emocjonalnie i z większym dystansem:). Jak widać nadal żyję, moje okno pozostało nienaruszone, parapet się nie zarwał pod zbyt ciężkim tyłkiem. Niestety a może właśnie stety nie piszę tego posta z "mojej niebiańskiej pracowni - czytaj z zaświatów" tylko z ciasnego pokoju  w poniemieckiej kamienicy wymagającej stanowczego gruntownego remontu.
Pomyślicie pewnie, że nie powinno się nabijać z cierpienia a już tym bardziej z własnego. Właściwie czemu nie? Cy odrobina ironii i czarnego humoru nie przydaje się czasem w życiu?...Często bywam ironiczna - to część mojego charakteru, którą nie każdy lubi, ja jednak lubię ironię i sarkazm, więc będę je niekiedy stosować, nawet pisząc o swoim bólu i cierpieniu.

Założenie tego bloga i pisanie postów - tak aż dwóch - doprowadziło mnie do pewnego ODKRYCIA ważnego z terapeutycznego punktu widzenia.
Tak więc uwaga - werble - mam nadzieję, że czujecie to wzrastające napięcie - taaaadaaaam -  depresja potęguje z siłą huraganu nasze emocje i odczucia. Wiem brzmi niezbyt odkrywczo, ale dla mnie to naprawdę nowość. Pewnie, że piszą o tym w każdej książce o depresji, jednak jedno to czytać o czymś i niedokońca w to wierzyć a drugie to mieć dowód na samym sobie.

Do tej pory wydawało mi się, że moje odczucia względem świata i  swojej sytuacji są cały czas takie same czyli : "jestem nieszczęśliwa, nie wiedzie mi się w życiu, chcę się zabić bo nie widzę już sensu w tym wszystkim, dłużej nie wytrzymam". Zmianę takiego myślenia powodowała jedynie każda kolejna praca i związana z nią nadzieja, że teraz może być już tylko lepiej. Dotychczas według mnie takie negatywne myślenie o życiu nie wynikało wcale z choroby, na którą cierpię, tylko ze świadomości, że moja egzystencja jest po prostu tragiczna.

Aż tu nagle.....wchodzę na bloga czytam po jakichś paru dniach posta "Jedna gwiazda" i niedokońca trafia do mnie. że to ja to napisałam!!!. Oczywiście nadal mam myśli typu "chcę ze sobą skończyć, dalsza wegetacja nie ma sensu" ale z całą stanowczością nie ma w tym myśleniu już takiej dawki tragizmu i beznadziei co wówczas, gdy ta notka powstawała, a przecież moja sytuacja nie zmieniła się nawet o cal!!!Po skończeniu tego wpisu czytałam go po kilkanaście razy rycząc jak opętana a ból był naprawdę okropny. Dziś przeczytałam go i może i było mi przykro, żal samej siebie ale o 70 procent mniej niż wtedy.

O czym to świadczy? Ano o tym, że koleżanka depresja spotęgowała moje negatywne myśli i odczucia o te cholerne 70 procent, które gdyby nie jakiś głęboko zakorzeniony instynkt samozachowawczy, zapewne doprowadziłyby mnie na cmentarz, albo skazały na kalectwo do końca życia. Gwoli ścisłości mieszkam na 4 piętrze i nie jestem kotem sąsiadki, który kiedy zrypał się z parapetu złamał sobie tylko łapy, więc gdybym postanowiła "polatać" powyższe tragiczne scenariusze zapewne mogłyby się ziścić.

Odkrycie nr 2 w trakcie pisania było mi o tyle lżej, że musiałam się skupiać na tym co piszę, a to kierowało moją uwagę w nieco inną stronę. Poprawiałam błędy, redagowałam posta co pomagało mi się choć trochę uspokoić. To już dowodzi tylko świętej prawdy głoszonej we wszystkich publikacjach o depresji "człowieku znajdź sobie zajęcie".O sposobach na zorganizowanie sobie czasu wolnego napiszę nieco później, gdyż narazie staram się opanowywać tę sztukę.

Reasumując stan depresyjny zmienia Twoje myślenie, jest jak pojawiająca się nawałnica NIE WOLNO CI SIĘ JEJ PODDAĆ.
Lubisz pisać, chcesz podzielić się swoją historią? pisz bloga, pisz ile dasz radę, pisz nawet o tym że chcesz się zabić, pisz i skup się na monitorze, na literach, na swoim przekazie, a nie na oknie, żyletce czy fiolce tabletek!!!.Jeśli długo Ci nie mija a masz takowe leki - mówie o uspokajaczach - zażyj je i poczekaj. To w końcu minie a jeśli nie to napewno zelżeje!!!Czasami jest się w takim stanie, że człowiek nie ma siły na nic, wówczas trzeba ratować się farmakologią, ale jeśli dajesz radę rób cokolwiek!!!Pamiętaj - burza przeminie i wzejdzie słońce a nawet jeśli niebo pozostanie zachmurzone to chociaż przestanie padać.....
pozdrawiam Was ciepło

środa, 5 sierpnia 2015

Jedna gwiazda


No i stało się.
Depresja wróciła, czuję się tak okropnie, że mam ochotę wyć. Leżę w ciemnym pokoju,brzęczy włączony telewizor patrzę na jedną jedyną gwiazdę migoczącą na niebie za firanką i myślę sobie:" Chcę ze sobą skończyć, jestem taka zmęczona, Boże pozwól mi to skończyć".

Wspominam dobre chwile jakie przyniósł mi los, chwile gdy mogłam zakosztować NORMALNEGO życia, kiedy miałam swoją ukochaną pracę, gdy otaczali mnie ludzie.
Wspominam swoją pracownię plastyczną - zwykłą klitkę z odrapanymi ścianami, którą dyrektorka w jednej z instytucji w których pracowałam pozwoliła mi urządzić. Dla kogoś obcego to "takie nic" - dla mnie to był cały świat.

Wspominam dzieci z którymi pracowałam w innym miejscu, życie jakie tętniło we mnie gdy byłam wśród nich. Czułam się wtedy komuś naprawdę potrzebna.

Wspominam chorych psychicznie ludzi z którymi los pozwolił mi popracować tylko trzy miesiące. Lepszych ludzi nigdy nie spotkałam. Staje mi przed oczami twarz jednej kobiety. Miała na imię Ela i jakieś sześćdziesiąt lat. Na początku w ogóle nie mogłam zrozumieć co mówi taka ta jej mowa była niewyraźna. Ela - upośledzona w stopniu umiarkowanym pensjonariuszka domu pomocy- miała dobrą, kochaną twarz a gdy się uśmiechała ciepło robiło się człowiekowi na sercu. Lubiła bliskość drugiego człowieka, lubiła się do MNIE przytulać. I widzę tą twarz,tą szczerą pomarszczoną twarz i myślę "Może nie żyjesz już Elu przyjdź po mnie bo jestem taka zmęczona.  Pójdziemy razem".

Od roku nie mogę znaleźć pracy. Mam studia wyższe i dwie podyplomówki a teraz przyjdzie mi zaczynać wolontariat bo pracy dla mnie nie ma a do sklepu na kasę nie pójdę - zwyczajnie nie dałabym rady. Wiecie co, mam 31 lat ale chyba nie mam już siły. Marzę żeby odejść i trafić do "swojego nieba" gdzie są ze mną ci których spotkałam gdy przez chwilę byłam szczęśliwa. Siedzimy w odrapanej pracowni i malujemy. Będąc tam wiem, że już nic złego mnie nie spotka, ani bezrobocie, ani depresja, źli ludzie nie przyjdą i nie wyrządzą mi krzywdy. Nic się nie stanie bo w moim niebie jestem bezpieczna Już na zawsze...... Zaraz potem myślę "wejdź na parapet i skocz a będziesz w swoim niebie. Tylko się odważ!". Mam poczucie że to co dobre już mnie spotkało i nie warto już na nic więcej czekać bo limit mojego szczęścia się wyczerpał. Nikt nie potrafi mi pomóc, jestem sama...Czy kiedy to przeczytasz podasz mi dłoń?...