niedziela, 20 grudnia 2015

"Zawsze tam gdzie Ty" cz.2


Zaczyna dziać się ze mną coś dziwnego. Niepokojące to, aczkolwiek przyjemne. Jestem rozkojarzona na lekcjach, a odrabiając zadania domowe łapię się na tym, że zamiast skupić uwagę na arcyciekawych dziełach Mickiewicza, patrzę tępo w ścianę z lekko głupawym uśmieszkiem. Ogarnia mnie niczym niezmącone szczęście, poczucie mocy. Euforia. Nie, to nie początki choroby psychicznej. To miłość? Tak wygląda miłość? Boże, żeby to nigdy nie minęło! Jaki świat jest piękny i pełen barw. Jakie piękne jest życie! Jak cudownie jest być komuś potrzebnym i dla kogoś ważnym.....

Spędzam z wesołkiem każdą wolną chwilę. Przychodzi do mnie do domu, kiedy matka jest na nocnych dyżurach. Jesteśmy sami. Z reguły siedzimy w ciemnościach i z romantyczną muzyką w tle. Nie możemy się od siebie oderwać. Całujemy się namiętnie po parę godzin, z krótkimi przerwami na złapanie tchu. Początkowo jego bliskość mnie onieśmiela. Stoję na straży swej cnoty, pilnując, żeby jego ręce dotykały jak najmniej wypukłych miejsc na moim ciele. Tosz cnota to największy skarb, jaki może mieć kobieta i należy go strzec! Po jakimś czasie bycie strażnikiem średnio mi wychodzi. Staję się kusicielką. Kręci mnie fakt, że mogę sobie pozwolić na różnego rodzaju pieszczoty, mając gwarancję, że wesołek nie posunie się za daleko. Jestem jego pierwszą "dziewczyną na poważnie" i podobnie jak ja, nigdy nie uprawiał seksu.

Deszczowa sobota. Moje ciasne, puste mieszkanie.
Na okna zakładam koce zamiast zasłon. Musi być jak najciemniej. Całe mieszkanie przystrajam maleńkimi świeczuszkami. Puszczam Whitney Houston. Zakładam wieczorową, sylwestrową kieckę mojej matki. Będzie bosko! Niech robi ze mną co chce! W dupie mam cnotę i przyzwoitość! Przychodzi wesołek. Po wejściu do tonącego w blasku świec pokoiku, stoi ogłupiały i nie wie co powiedzieć. Przytula mnie mocno, trochę tańczymy. Kładziemy się na łóżku. Jest bosko.....
Nie daje mi jednak spokoju ból cholernego zęba, który tak bardzo dokucza od kilku dni. Kurwa mać, no nie teraz! Nie dziś! Jednak dziś....
Cały nastrój szlak trafia. Ten dzień kończy pobyt u znalezionego na gwałtu rety dentysty, potworny ból i moja matka w dzikiej furii opierdalająca nas z góry na dół, podczas zdrapywania wosku z prawie nowych mebli (z dwojga złego nie wiem co gorsze).
Mimo tak fatalnego finału, wesołek kupuje mi w kiosku misia, mocno przytula i naprawdę martwi się moim samopoczuciem. Kocha mnie i nie zależy mu tylko na seksie. Jakie to wspaniałe! Trafiłam na kogoś naprawdę wartościowego........

Po jakichś 3 miesiącach, w sposób całkiem niezaplanowany dochodzi do naszego pierwszego razu. To bardzo ważny dla mnie moment. Drugiego takiego już w życiu nie będzie. Wszystko jest super, dopóki nie dopada mnie kolejny potworny ból, tym razem już nie zęba. Cooo??? To ma być ten wspaniały pierwszy raz, o którym piszą w książkach??!! Te tortury??!!!! Cóż, żeby nie sprawiać wesołkowi przykrości jakoś to wytrzymuję, choć to, że on w trakcie naszych miłosnych uniesień jest nieco niemrawy, wcale mi nie pomaga. Dobra. Nadszedł niby punkt kulminacyjny. To teraz będzie coś przyjemnego. Czekam, aż mnie przytuli i powie, jak to mnie bardzo nie kocha i jaki to ten moment nie jest dla niego doniosły i ważny. Cóż.... Wesołek zachowuje się nieco inaczej. Wstaje z łóżka i idzie do toalety oddać mocz. Następnie bierze łyka stojącej w kuchni herbaty - bo w końcu wykonał kawał ciężkiej fizycznej pracy - i wraca do mnie oświadczając mi z pełnym uśmiechem, że dziś stał się prawdziwym mężczyzną! Myślicie, że doprowadza mnie to do łez. Otóż o dziwo, nie. Wstaję i wściekła jak osa wywalam wesołka z domu. Zrywam naszą znajomość!!!

Zerwanie trwa parę dni, podczas których wesołek z kwiatami przesiaduje pod moimi drzwiami. Wybaczam mu, w końcu widzę przecież, że żałuje. Od tamtego momentu nasz związek jest bardzo burzliwy. Ja robię awantury, a on bezwzględu na to kto zawinił, zawsze pierwszy się godzi. Ja wyrzucam go za drzwi, on pokornie siedzi na korytarzu - zazwyczaj z kolejnymi kwiatami.
Mimo, że w swoim odczuciu kocham wesołka, ogarnia mnie jakieś dziwne poczucie mocy. Wiem, że mogę na niego nawrzeszczeć, a on i tak będzie koczował na tym śmierdzącym korytarzu. Wiem, że co by się nie stało, on ZAWSZE tam będzie!
Wiem, że mnie kocha. Ja też go kocham. Jest jedyną osobą do której mogę się przytulić. Mogłabym leżeć godzinami i tylko się do niego kleić. Tak bardzo mi tego ciepła drugiej osoby w życiu brakowało. Teraz je mam i mogę korzystać do woli! Ten, niegdyś znienawidzony kolega z klasy, jest jedyną osobą, poza moją matką, przy której czuję się naprawdę swobodnie. Mogę się złościć, kląć, rzucać ciężkimi żartami, powiedzieć mu szczerze co o nim myślę. Mogę być sobą! Mimo, że bywam naprawdę okropna! Jakie to cudowne uczucie być po prostu sobą.....

I tak mijają lata. Zrywam z nim z częstotliwością mniej więcej raz na tydzień, ale on zawsze wraca. Powoli staje się nieodzowną częścią mojego życia. Wszystko robimy razem. Kiedy się pokłócimy i nie widzę go parę dni rozpaczam i wpadam w dołek. Jesteśmy parą na przekór jego rodzicom, którzy mnie nie akceptują, i mojej matki, na którą wesołek działa jak płachta na byka. W szkole stanowimy obiekt kpin, żartów i wielu plotek. To wszystko, nie jest w stanie nas rozdzielić.

Pierwsze wakacje w naszym związku spędzam z nim i jego rodzicami nad morzem. Nigdy tam nie byłam. Ogrom spienionej morskiej wody, który nie ma drugiego brzegu....Piękny, niepokojący widok. Bardzo staram się, żeby ten wyjazd był dla wesołka przyjemny, mimo, że nienawidzę jego matki. Pojawia się wtedy w naszej relacji coś czego wcześniej długo nie było. Co to jest? Jedyne co przychodzi mi do głowy to NUDA??? Jesteśmy w takim pięknym miejscu, a on nie ma zbyt wiele do powiedzenia. Jest milczący. Nie zachwyca się, jak ja, napotkanymi widokami. Nie cieszą go kramiki z kolorowymi muszelkami i małe stateczki w butelkach. Różnimy się od siebie - wtedy zaczynam to dostrzegać....
Wieczorem siedzimy na jedynym w moim życiu koncercie. Gra grupa Lady Pank. Siedząc na jego kolanach, przy dźwiękach utworu, który stał się "naszą piosenką"  pytam:
- Kochasz mnie?
- Kocham cię maluszku, przecież to wiesz!
- Na zawsze?
- NA ZAWSZE ...................

ciąg dalszy nastąpi



sobota, 12 grudnia 2015

"Zawsze tam gdzie Ty" cz.1


Zapraszam do kolejnej historii z mojego życia. Z racji tego, że potrwała 11 lat, zmuszona jestem poświęcić jej więcej niż jeden post. Nie miejcie mi tego za złe.

Lato. 
Stoję na korytarzu beznadziejnego liceum, do którego zapisała mnie matka. Jestem zła, nie, właściwie jestem wściekła!. No oczywiście, nie dostałam się tam, gdzie chciałam i teraz zmuszona będę łazić do tej wielkiej, ponurej budy. Patrzę na listę imion i nazwisk wywieszoną na korkowej tablicy. Liczę ilu jest tam chłopców. Raz, dwa, ....osiem. Hmmm, czy wśród nich jest ten jeden jedyny, którego sobie wymarzyłam? Musi być! Czuję, że jest! Nie, niemożliwe. Pewnie to żaden z nich. Nigdy nikt mnie nie pokocha! Zielonooki to jedyna, wielka, niespełniona miłość. Jednak czuję, że on tam jest. Jest w tym spisie, w tych literach. Mam przeczucie.......

Kiedy lepiej poznaję chłopców z mojej klasy, stwierdzam z pełnym przekonaniem, że wizjonerką to ja raczej nie zostanę. Żaden nie wygląda i nie pachnie tak jak zielonooki, z którym, po tragicznym finale moich zalotów, nadal jeszcze się widuję. Żaden nie przypada mi do gustu. Za to jeden osobnik - wkurwia mnie ponad stan!!! Ten chłopak to typ ironicznego wesołka. Jest bardzo pewny siebie i zawsze ma coś złośliwego do powiedzenia. Nie cierpię go!

II klasa liceum. Lekcja znienawidzonego przeze mnie języka francuskiego. 
Wstaję z miną skazańca, trzymając w rękach prawie pustą kartkę z odmianami czasowników, które zna chyba tylko  to stare, nieprzyjemne, skrzeczące babsko przy tablicy. Podchodzę do biurka i ze smutkiem oddaję kartkę. Będzie pała jak nic. Szósta z kolei. Wracam na swoje miejsce. Wtem po klasie rozlega się rechot wesołka. "Jaki kujon, tak szybko sprawdzian oddała. Ha, ha, ha". Wracam się do jego ławki, biorę podręcznik do francuskiego i uderzam nim z impetem w blat. "Sam jesteś kujon debilu". Ja jestem zagrożona i mogę nie zdać, a ten pajac się śmieje. Chce mi się płakać.......

Parę miesięcy później. Lekcja historii. 
"Wysiedzieć się nie da z nudów. Matko, czym by się tu zająć! Wiem! Dopiekę wesołkowi" - myślę. Odwracam się do niego i na ostatniej stronie zeszytu rysuję infantylne serduszka. Pod nimi wpisuję swój numer telefonu z napisem zadzwoń. Koledzy wesołka śmieją się z jego zawstydzenia. Czemu podaję prawdziwy numer ? Nie wiem. A co tam, przecież i tak nie zadzwoni....

Po jakimś czasie dostaję telefon. "No cześć, miałem zadzwonić i co powiesz?". Gdyby ziemia w tym momencie mogła się rozstąpić i mnie pochłonąć....To by mnie pochłonęła. Telefon wesołka zwala mnie z nóg. Zapraszam go do siebie. Już nie pamiętam nawet czemu. Chyba chcę być po prostu miła. W umówionym dniu ogarnia mnie panika. Nie mam odwagi przełożyć spotkania - może dlatego, że przekładałam je już sześć razy - więc nie otwieram wesołkowi drzwi, udając, że nie ma mnie w domu. W ciągu dnia nie odbieram telefonu, a wieczorem spotykam się z zielonookim. Rozmawiamy sobie spokojnie o jego nowym chłopaku i eksperymentach łóżkowych, które zaczął praktykować, aż tu nagle rozlega się głośne walenie do drzwi. Sprawdzam przez wizjer. Na obskurnym korytarzu  stoi wesołek z jakimś kumplem w kapturze. "Nie otwieraj mu, zaraz sobie pójdzie! Co to za typ. Jakiś wariat, żeby się tak dobijać?". Gaszę światło i siedzę z zielonookim dobre 20 minut, a wesołek puka. W końcu dzwoni moja komórka, którą świetnie słychać w całym mieszkaniu. Nie odbieram. Po pięciu minutach dostaję smsa o treści "Słyszałem twój telefon, wiem, że jesteś w domu. Poczekam, aż mnie wpuścisz". Cała w panice, czując się jak żona ukrywająca przed mężem kochanka w szafie, zostawiam w ciemnym pokoju swoją niespełnioną miłość i idę otworzyć drzwi. Zakapturzony kolega okazuje się całkiem sympatyczny, a wesołek wymusza na mnie deklarację kolejnego spotkania. Głupio mi jest po raz setny wystawić go do wiatru, więc spędzam z nim fascynujące parę godzin, patrząc jak gra na kompie w NBA. Po dziesiątym rzucie Michaela Jordana jestem lekko poirytowana, po dwudziestym pojawia się niedowierzanie, po trzydziestym pozostaje mi już tylko czekać, aż śmierć nadejdzie.....  
Tamto spotkanie stanowi jedno z najnudniejszych momentów mojego życia, jednak, ponieważ wesołek nadal chce się widywać, nie umiem odmówić.

Zaczynamy sporo rozmawiać przez telefon. Godzinami....Mamy o czym i o kim z racji tego, że chodzimy do tej samej klasy. Wesołek przy bliższym poznaniu okazuje się całkiem inteligentny i nawet dowcipny. Jest bardzo wysoki, co sprawia, że czuję się przy nim jak mała kobietka. Wyjątkowo szczupły, z płaskim lekkim kaloryferkiem. Dziwnym zbiegiem okoliczności zaczyna ładnie pachnieć. Nie są to drogie perfumy zielonookiego, ale stara się. Pomaga mi dużo w lekcjach. Dzięki niemu nie muszę już wydawać pieniędzy na korepetycje z matmy. Kiedy się wściekam i rzucam książkami, on ze stoickim spokojem je podnosi i dalej rozprawia o liczbach i działaniach.  Jest naprawdę dobry w przedmiotach ścisłych, choć koszmarnie leniwy. Zaczynam go lubić......

Ciemny pokój. W tle płyta Natalii Oreiro.
"Przyniosłem Ci prezent". Żółciutka świeczka w kształcie pomarańczki ląduje w moich dłoniach. Zapalam i trzymam. "Pięknie wyglądasz w tym świetle. Naprawdę ślicznie". Ja się komuś podobam? Ja??!!! Biorę wesołka za rękę i idziemy na spacer do pobliskiego parczku. Jestem bardzo podekscytowana, szczęśliwa. Siadamy na zimnym kamieniu. "Zamknij oczy i wytrzymaj tak przez minutę" - wołam. Zamknął. Przybliżam się i szybko całuję go w usta. Krótko, delikatnie. "To było przyjemne" - woła i bierze mnie na ręce. Czuję się leciutka jak piórko. Jak mała, bezbronna kobietka. Czuję, że komuś na mnie zależy, że jestem coś warta.......


ciąg dalszy nastąpi




poniedziałek, 7 grudnia 2015

Usunąć bloga? Nie!

Witajcie,
ten post stanowi krótki, acz treściwy przerywnik zapowiedzianych przeze mnie historii miłosnych.
Chwilowo liczba wejść na mojego bloga zmalała i zmartwiło mnie to. Zaczęłam się zastanawiać, co może być tego przyczyną i jak zwykle w myślach krytykować samą siebie.

"No tak, nie powinnam umieszczać tak osobistego wpisu jak ten o zielonookim. Siara tak się obnażać przed obcymi ludźmi. Pewnie ludzi przestało interesować co piszę. Tak, na pewno. Post był przydługi. Założę się, że moja psychoterapeutka uważa, że przesadzam ze szczerością i odbiegam od założeń umieszczania pozytywnych wpisów i dodawania otuchy innym nieszczęśliwcom. Założę się, że w jej oczach moje wpisy są kwintesencją obciachu. Może by tak skasować ten wpis, albo nie! Może by tak całego bloga skasować, bo w ogóle nie jest profesjonalny i NA PEWNO mało kogo interesuje!!! I tak dalej i tak dalej i tak dalej.....".

Czytałam dziś, kilka innych blogów i fakt - są profesjonalne, całkiem mądrze napisane. Wiele w nich rad jak walczyć z depresją i negatywnym myśleniem. Jednak mam wrażenie, że osoby, które piszą te porady i mądre rzeczy nigdy nie chorowały na depresję, a wiedzę czerpią z różnych mądrych książek psychologicznych. Te blogi są podobne do siebie. Chętniej przeczytałabym jakieś zapiski o czyjejś walce z chorobą. Coś osobistego, życiowego. Czyjeś zwierzenia, im osobistsze tym lepsze!

I wiecie co? Mój blog taki właśnie jest. To jego zaleta, coś co go wyróżnia. Dlaczego mam jak zwykle słuchać wewnętrznego krytyka? Po co mam naśladować innych? Tylko po to, żeby mieć więcej wejść? Zależy mi na tym, żeby ktoś mnie czytał, ale lepsze jest kilka osób, które obchodzi umieszczana przeze mnie treść, niż jakże popularne ostatnio i przerażające wręcz obs/obs, kom/kom. 

I wiecie co? Cieszę się, że u mnie można poczytać o całowaniu "na języczki" i posłuchać bardzo popularnego w czasach mojej młodości, jakże obciachowego The Kelly Family. Nie bądźmy tacy jak wszyscy. Bądźmy po prostu sobą.......

sobota, 28 listopada 2015

Pierwiosnek


Kiedy skończyłam pierwszą klasę podstawówki matka przeniosła mnie do nowej szkoły. Może, gdyby tego nie zrobiła, dziś byłabym zupełnie kimś innym? Osobą pewną siebie, przebojową i radzącą sobie świetnie w życiu? Niestety stało się...Ta decyzja spowodowała, że na mojej drodze pojawiła się pierwsza wielka niespełniona miłość. Była to głęboka fascynacja a nawet obsesja, która skutecznie zabiła we mnie wiarę w siebie i spore pokłady woli walki, którymi dysponowałam jeszcze jako dziecko. Zaczęło się dość niewinnie....

Do tej pory pamiętam fragmenty dziecięcego wierszyka o pierwiosnku, którego kazała mi się nauczyć moja nowa wychowawczyni. Mówiąc ten wierszyk pierwszy raz, wśród grupki dzieci stojących pośrodku salki do katechezy, dostrzegłam zielonookiego. Miałam 9 lat i już wiedziałam, że to on zostanie moim mężem. Nie potrafię tego wytłumaczyć, było to doświadczenie wręcz mistyczne, którego nie da się opisać słowami.
Zbieg okoliczności sprawił, że posadzono nas razem w ławce. Próbowałam nawiązać z nim kontakt, jednak on nie zwracał na mnie większej uwagi. Był zajęty brylowaniem w towarzystwie innych popularnych w klasie chłopców. Razem z nimi straszył dziewczynki konikami polnymi, a gdy to go nudziło, był zajęty zalecaniem się do najładniejszej dziewczynki w klasie - małej miss. Po pewnym czasie doszłam do wniosku, że "chłopcy są guuupi" i przestałam zwracać na niego uwagę. Zajęłam się nawiązywaniem przyjaźni z dziewczynkami, miałam też innego kolegę, który zrywał mi kwiatki i regularnie odprowadzał do domu po lekcjach. Lata mijały, a mój kontakt z zielonookim był sporadyczny. Pojawiał się w zabawach i szkolnym życiu, jednak chwilowo nie stanowił obiektu westchnień - na szczęście miałam ciekawsze zajęcia. Do czasu....

Klasa szósta okazała się przełomem. Zielonooki często chorował, a że mieszkaliśmy na tej samej ulicy przychodził do mnie po lekcje. Zaprzyjaźniliśmy się. Szalenie podobało mi się jego poczucie humoru - złośliwe, sarkastyczne i jednocześnie inteligentne. Świetnie bawiłam się w jego towarzystwie, nigdy mnie nie nudził. Imponował mi tym, że miał lepsze stopnie. Najbardziej pociągające dla mnie było jednak to, że diametralnie różnił się od pozostałych chłopców w klasie. Zielonooki był dzieckiem z tzw. "dobrego domu", "na poziomie". Nie przeklinał, nie bekał, nie puszczał bąków, nie poklepywał dziewczyn po tyłku, jak to jego koledzy mieli w zwyczaju, jednym słowem wyrastał ponad szerzące się w mojej klasie prostactwo. Z biegiem czasu, właśnie przez to, że świetnie się uczył, stał się obiektem zazdrości tępionym przez innych chłopców. Ja, mimo, że bardzo chciałam być popularna i lubiana, a kontakty z nim szkodziły mojej reputacji, miałam to głęboko w dupie. Zapatrzyłam się w niego jak w święty obrazek. Chciałam wciąż przebywać w jego towarzystwie, a gdy rozmawiał z innymi dziewczynkami byłam smutna i zła. Miałam pecha, gdyż jemu przez całą podstawówkę podobała się wspomniana wcześniej mała miss, o czym otwarcie i bez krępacji mnie informował. W końcu byłam jego przyjaciółką, więc czemu nie miałby być szczery? Z tego, że sprawia mi tymi słowami niesamowitą przykrość, chyba nie zdawał sobie wówczas sprawy.

Wola walki, jaką wtedy jeszcze w sobie miałam, oraz przekonanie, że jestem wartościowa i mogę się podobać płci przeciwnej, powodowały, że walczyłam o jego uwagę jak lew. Powiedziałam sobie "ten, albo żaden inny" i stopniowo zaczęłam realizować plan podbicia jego serca. Starałam się nie zalecać do niego zbyt otwarcie - na to byłam za dumna. Kombinowałam jednak jak tylko mogłam. Na szkolnej dyskotece zamieniałam kotyliony, tak, żebyśmy musieli razem zatańczyć. Siedziałam za nim w ławce po to, by sprawnie przebiegała między nami komunikacja, często wysyłanych przeze mnie liścików. Namawiałam go, żeby brał ze mną udział w szkolnych przedstawieniach, wtedy po szkole, na próbach, też mogliśmy przebywać razem. Załatwiałam z nauczycielami jak najczęstsze dyskoteki klasowe - wiadomo tam gdzie ciemno i można się przytulać szanse na płomienne uczucie wzrastają. Kiedy sama stałam się obiektem westchnień innego kolegi z klasy, stwierdziłam, że świetnym pomysłem będzie wzbudzanie w zielonookim zazdrości. Mój adorator w błogiej nieświadomości pisał mi listy miłosne, a ja oczywiście chwaliłam się nimi najlepszemu przyjacielowi. Pobiłam samą siebie, kiedy wymyśliłam występ zespołu Spice Girls. Przed całą szkołą, jako jedna ze spicetek, wiłam się w wydekoltowanej, kusej kiecce, na kolanach swojego adoratora od listów, ściągając mu krawat i rozpinając koszule - tak, wszystko to sama wymyśliłam!!! Nauczycielki były lekko zgorszone, pół podstawówki pękało ze śmiechu, a  w zielonookim coś drgnęło. "Było warto" - pomyślałam. 
Jakiś czas po występie zaproponował mi, że nauczy mnie jak się całować. Początkowo byłam wniebowzięta, jednak, gdy usłyszałam, że to ma być pocałunek "na języczki" mało nie zemdlałam. I tak kolejne pół roku on usiłował mnie pocałować, a ja uciekałam, gdzie pieprz rośnie. Naturalnie bardzo tego chciałam, ale byłam zbyt wstydliwa. Jego to wyraźnie zachęcało, a mi wzrok wysiadał od wiecznego wertowania po nocach "Sztuki pocałunku" nie pamiętam już czyjego autorstwa . W między czasie jakiś tydzień byliśmy parą, później znowu przyjaciółmi. Czas leciał.....

W ósmej klasie wreszcie się stało. Doświadczyłam pierwszego prawdziwego pocałunku. Zielonooki rzeczowo podszedł do sprawy. Pocałował mnie tylko po to, żeby wyprzedzić mojego kilkudniowego nowego chłopaka - tego od kwiatków z dzieciństwa. Chciał być pierwszy o czym oczywiście nie omieszkał mnie poinformować. On podszedł do sprawy bardzo technicznie, dla mnie to był dowód miłości. Sam pocałunek nie był wcale jakiś super przyjemny, tym bardziej, że zielonooki nosił aparat na zęby.... Nie zraziło mnie to ani trochę... Moje uczucie było bardziej platoniczne.
Z czasem zaczęłam o nim marzyć w inny sposób. Pragnęłam jego dotyku, bardziej interesował mnie również fizycznie. On zaczął się zmieniać. Pojawił się lekki, przyjemnie drapiący zarost, dłuższa grzywka opadająca na oczy, seksowne markowe ciuchy i przede wszystkim piękne męskie perfumy, których zapach czuję po dziś dzień. Zielonooki dbał o siebie bardziej niż ja. Był coraz przystojniejszy, a gdy na bierzmowaniu pojawił się, jako jedyny z chłopców, w beżowym garniturze, wyglądał wręcz bajecznie. Jak zwykle wyróżniał się z tłumu, a ja mogłabym wtedy, w tym kościele, zostać na wieczność i  wpatrywać się w niego godzinami. 

Byłam za młoda, żeby dostrzec, że mój ideał ma w łazience więcej kosmetyków ode mnie, a gazety z nagimi chłopcami, które pokazuje mi w tajemnicy przed swoimi rodzicami są trochę podejrzane. Nie wydawało mi się niczym dziwnym,że zbyt często przebywa w damskim towarzystwie, choć niepokoiło mnie nieco, że ocenia naszego klasowego zawadiakę jako "bardzo przystojnego" i oferuje mu bezinteresowną pomoc w lekcjach, mimo, że nigdy nie byli nawet kolegami. Może nie chciałam niczego widzieć.... 

Po podstawówce każde z nas poszło do innego liceum i spotykaliśmy się już coraz rzadziej. Szalenie mi go brakowało. Marzyłam o nim dniami i nocami, w końcu przecież "tylko on, żaden inny". Miałam 15 lat i  w mojej głowie pojawił się nowy pomysł. Nowe pragnienie.
Tego wieczoru matka poszła na nocny dyżur do pracy. Byłam sama w domu. W dzień wysprzątałam mieszkanie, kupiłam szampana i lodowy torcik. Ubrałam się ładnie, wyperfumowałam. Założyłam nowiuteńki koronkowy staniczek marki Triumph - miałam go już na co założyć. Zaprosiłam go. Jakiś czas rozmawialiśmy, on opowiadał o tym jakich to nie ma "zajebistych lasek" w nowej klasie, oraz o KOLEDZE z którym całował się podczas wakacji! Pachniał pięknie jak zawsze. Leżeliśmy obok siebie na łóżku. Nie wiem czemu wtedy rozsądek nie powiedział mi "przestań, zatrzymaj się!". Przysunęłam się do niego i ściągnęłam bluzkę. "Cnotka niewydymka", którą zawstydzał zwykły pocałunek, odważyła się pokazać nowy koronkowy staniczek marki Triumph i zainicjować swój pierwszy w życiu seks. Zielonooki wtedy.... wybuchnął głośnym śmiechem. Niewidzialna ręka zdzieliła mnie mocno w twarz. Usiadłam, ubrałam się i zaczęłam modlić w duchu, żeby się przy nim tylko nie rozpłakać. Zachować resztki godności. On również usiadł i powiedział "Ty się przy mnie zmarnujesz, daj spokój, znajdź sobie kogoś lepszego". Cały czas się uśmiechał. Potem próbował jeszcze o czymś ze mną rozmawiać, ale ja nie słyszałam już jego słów. Siedziałam jak skamieniała i powtarzałam w duchu "tylko się nie rozpłacz, tylko się nie rozpłacz, tylko się nie rozpłacz!!!". Później wyszedł. 

To był koniec. Tamtej nocy umarła we mnie wola walki, a poczucie własnej wartości sięgnęło dna. Tamtej nocy wypaliłam swoją pierwszą paczkę papierosów, których gorzki smak zmieszał się ze smakiem słonych łez................





poniedziałek, 16 listopada 2015

Zapowiedź historii miłosnych


Witajcie,

nie wiem czy Was tak naprawdę w ogóle interesują moje wpisy, ponieważ mało komentujecie. Kiedy zakładałam ten blog myślałam, że będzie w nim więcej porad jak radzić sobie z obniżonym nastrojem i innymi zaburzeniami, które wyciągałam swego czasu z różnych książek -  głównie zagranicznych autorów. Ciągnie mnie jednak, póki co, do wspomnień i opisywania własnego życia. 

Nie wiem czemu tak jest, ale mam poczucie, że kiedy już dodam tutaj wpis traktujący o czymś dla mnie ważnym, co przeżyłam, a co było przykre, zrzucę z siebie pewnego rodzaju ciężar. Nie myślałam nigdy, że pisanie może pomagać terapeutycznie, ale od kiedy to robię czuję się lepiej. Dlatego kolejne posty, które teraz będę umieszczać dotyczyć będą moich niespełnionych miłości. 

Mam nadzieję, że Was nie zanudzę, dla pocieszenia dodam, że obiektów mych westchnień było tylko trzech i nie łączyły mnie z nimi przygody tak interesujące jak na kartach pamiętnika Fanny Hill - XVIII wiecznej kurtyzany. Nad powyższym faktem ubolewam nieco, gdyż w moim wieku przydałoby się mieć jakieś ciekawe doświadczenia erotyczne, zamiast platonicznych miłości i beznamiętnej kopulacji uprawianej w celu utraty dziewictwa a później to już chyba tylko "dla zasady". Liczę, że czytają mnie osoby pełnoletnie i temat seksu, jeśli się pojawi nikogo nie zgorszy - w końcu to element życia, a że żyjemy w dobie internetu, gdzie można być anonimowym, pozwolę sobie na lekką dawkę ekshibicjonizmu. Posty wkrótce.

pozdrawiam Was ciepło

niedziela, 8 listopada 2015

Pokonać siebie

Witajcie moi drodzy!

Tym razem będzie zwięźle.

Filmik, który umieszczam poniżej nie wymaga zbyt wielu słów.
Każdy kto walczy z własnym lękiem na pewno doceni niesamowitą odwagę jego bohaterki.
Kiedy to oglądałam bardzo się wzruszyłam.
Zaledwie 6 minut pokazuje, że jeśli się czegoś naprawdę chce i walczy o swoje marzenia, to można je zrealizować. Jeśli i Wam po obejrzeniu nasuwają się jakieś wnioski komentujcie, chętnie posłucham.





sobota, 7 listopada 2015

Księżniczka


"Wszystkie dzieci nasze są" Majki Jeżowskiej brzmiące w głośnikach na dużej sali gimnastycznej przystrojonej błyszczącymi ozdobami z papieru. Mnóstwo małych dzieci podskakujących wesoło w rytm muzyki. Trwa szkolny bal klas 1 - 3. Na środku sali, ubrana w balową sukienkę w srebrnej koronie na głowie, stoi ładna długowłosa dziewczynka - typowa mała miss. Wokół niej grupka chłopców kłóci się zażarcie, który będzie mógł z nią zatańczyć. Ona śmieje się wesoło kokieteryjnie potrząsając włosami. Myślicie, że to ja nią jestem?

Otóż niestety moi drodzy to nie ja, ale ja też tam jestem. Siedzę pod ścianą w długiej "kiecy" jak dla starej baby, bez korony, choć niby też jestem przebrana za księżniczkę. Mama stwierdziła, że korona mi niepotrzebna - fakt żadne nakrycie głowy nie odwróciłoby uwagi od mojej jakże oryginalnej kreacji. Jestem obrażona na cały świat i obserwuję z zazdrością małą miss. Nie mam ochoty bawić się z innymi dziećmi i myślę tylko o tym "dlaczego wokół niej stoi wianuszek chłopców a mnie żaden nie poprosił do tańca". Tak upływa mój pierwszy szkolny bal. Obiecuję sobie, że za rok, ja też będę wyglądała jak prawdziwa księżniczka.

Mija rok. Kolejny szkolny bal. Dźwięki jakże popularnej w tamtych czasach lambady niosą się po sali. Mała miss w tej samej sukience i koronie tańczy z najprzystojniejszym chłopcem w klasie. Ja też tam jestem. Tym razem mam na sobie śliczną nową sukienkę. Znowu jednak podpieram ścianę a obok mnie ani jednego chłopca. Jakaś dziewczynka chwyta mnie za ręce i ciągnie na parkiet. Idę niechętnie. Cały czas myślę "Sukienka nie pomogła, jestem brzydka, nigdy nie będę taka jak ona". Jest mi przykro. Mała miss staje się moim obiektem zazdrości na kolejne parę lat, podczas których jest najpopularniejsza wśród rówieśników, zostaje wybrana dwukrotnie miss szkoły i przewodniczącą zarówno klasy jak i szkolnego samorządu. Z każdym jej sukcesem moje poczucie wartości maleje, bo jak to możliwe że ja nie jestem tą pierwszą, najładniejszą i najbardziej docenianą? Co jest ze mną nie tak?!

Mijają lata. Tym razem szkolna wycieczka w drugiej klasie liceum. Górskim szlakiem idzie nastolatka. Choć teren niesprzyjający ma na sobie kozaczki na obcasach, pełen makijaż i szminkę na ustach mimo, że pada deszcz. Myślicie, że to ja nią jestem?

Otóż niestety moi drodzy to nie ja, ale ja też tam jestem. Ciągnę się na samym końcu wycieczki w glanach i szarawej kurtce a postawą przypominam "kalwaryjskiego dziada". Myślę sobie "Jak ona to robi, że tak świetnie wygląda, laska z niej a ja jestem.... taka..... brzydka i zaniedbana". Kolejny obiekt zazdrości powoduje, że zmieniam swój wygląd. Farbuję włosy na blond, zaczynam nosić niewygodne obcasy i spódniczki mini. Mężczyźni oglądają się za mną na ulicy. Tym razem powinnam być już dowartościowana. Wyobraźcie sobie, że wcale nie!. Nie czuję się atrakcyjna, bo nie wyglądam tak jak ona. Nie jestem NIĄ i we własnych oczach nadal jej nie dorównuję. Ona i tak wygląda lepiej, jest popularniejsza, sto razy bardziej przebojowa i ma lepsze stopnie. Nauczyciel języka polskiego, będący dla mnie wielkim autorytetem, mnie nie zauważa i ocenia przeważnie na tróje a ją wychwala pod niebiosa i stawia jej wiecznie piątki. Karze jej przechadzać się po sali, żeby pokazać nam jak świetnie się dziś ubrała. Do jasnej cholery co jest ze mną nie tak?!.

Dziś z perspektywy czasu wiem już co.
Chciałam być zawsze NAJ. Wciąż porównywałam się z innymi. Widziałam masę zalet w kimś a niewiele w sobie. Myślałam, że przebranie na bal, obcasy czy spódniczka mini pozwolą mi prześcignąć obrany przeze mnie ideał a wystarczyło tylko zmienić myślenie. Chłopcy z mojej szkoły podstawowej nie byli wyrocznią dziewczęcej atrakcyjności, mogłam ich olać i bawić się dalej beztrosko z koleżankami. Nauczyciel języka polskiego nie był nieomylnym wybitnym znawcą polskiej literatury, może ktoś inny moje pisane po nocach wypracowania oceniłby na piątkę.
Każdy z nas jest INNY, nie ma lepszych czy gorszych. Nie budujmy swojego poczucia własnej wartości na zdaniu napotkanych osób. Jeden nas doceni, inny skrytykuje i to tylko od nas zależy, którą opinię weźmiemy sobie do serca. Nie pozwólcie, żeby ludzie, którzy nie są wcale od was lepsi wpływali na to co o sobie myślicie!

Na zakończenie z nieskrywaną przyjemnością pragnę nadmienić, że mała miss się roztyła, a laska z górskiego szlaku od nadmiaru tapety postarzała o jakieś dwadzieściapięć lat i wygląda jak moja matka, co i tak nie zmienia faktu, że zawsze była "pusta jak bęben", miała "siano w głowie" a teraz od tych kozaczków na obcasie napewno ma haluksy.....